Czy uda się powstrzymać "PiSkrieg"?
Czy uda się powstrzymać "PiSkrieg"? Fot. Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Sterta rachunków za leczenie chorego na władzę, zakompleksionego prezesa PiS będzie niestety rosła. Dzisiaj politycy opozycji wybielają się powtarzając jak mantrę, że przecież naród tak wybrał. Te słynne 5 milinów wyborców. Innych winnych nie ma. Są winowajcy, tego, że znaleźliśmy się w potwornej pułapce. Jeśli ktoś dzisiaj mówi, że przetaczające się przez kraj tsunami protestów nic nie da, to niech poda przepis na ratowanie polskiej demokracji i niech płaci te wszystkie rachunki za leczenie choroby... nieuleczalnej.

REKLAMA

Podczas kolejnej "nocnej zmiany" większość sejmowa (PiS, Solidarna Polska, Polska Prawica, Kukiz'15) przegłosowali tzw. "ustawę naprawczą". W praktyce oznacza to, że mają Trybunał Konstytucyjny "pod butem". Czyli: TK będzie orzekać w składzie 13/15, o wygaszenie mandatu sędziego TK musi zwrócić się do sejmu, postępowanie dyscyplinarne wobec sędziego TK będzie można rozpocząć na wniosek prezydenta, ministra sprawiedliwości, a nie tylko na wniosek Zgromadzenia Ogólnego TK.

Mamy więc do czynienia z przejęciem władzy nad jednostką stojącą na straży Konstytucji RP przez prezesa PiS, którego od wygranych wyborów nie interesują sondaże. A te pierwszy raz w 25 letniej historii wolnej Polski, zamiast rosnąć wygranym, "stopniały" z prawie 38% do 30%. Zaufanie Polaków stracili również prezydent i premier rządu. Kaczyński nie przejmuje się jednak ani słupkami, ani manifestacjami. Cel jest jeden - władza absolutna. Mamy już jej obraz, ale to jeszcze nie to. Kolejne kroki i posunięcia będą jeszcze odważniejsze. Pożegnamy się z systemem parlamentarno - gabinetowym. To tak na wszelki wypadek, gdyby odeszli "nawróceni" koalicjanci - SP i PR. W takiej sytuacji niezastąpiony jest system prezydencki. A ruch, za który zapłacimy najwięcej, bo wywalczoną ćwierć wieku temu demokracją, to uniemożliwienie partiom opozycyjnym dojście do władzy.

Referendum w sprawie odwołania sejmu. Co za problem? Trzeba wprowadzić "ustawę naprawczą". Manifestacje? Wprowadzenie zakazu protestów destabilizujących sytuację w państwie. Kaczyński, zerkając na pomiętą kartkę wyjmowana co jakiś czas z kieszeni, idzie po władzę, jak burza. Jeśli nawet zmieni się retoryka rządu na bardziej przyjazną, chociaż nieprawdziwą, jeżeli każdy otrzyma 500 zł na każde dziecko. Nawet to zaplanowane na dwa lata do przodu, to Polek i Polaków nie da się już powstrzymać. Manifestacji będzie coraz więcej i staną się liczniejsze. A wtedy widmo wojny domowej jest bardzo realne, ponieważ despotyczny Kaczyński swojego "PiSkriegu" nie zatrzyma.

Pora na rachunek sumienia. Jak to się stało? "To wszystko przez mohery", "przez 5 mln Polaków". Otóż nie. To wszystko przez polskie elity polityczne. Przez to "mniejsze zło" i fałszywą projekcję wyświetlaną przez PiS i PO całymi latami Polakom, że w kraju liczą się dwie partie. Może wygrać tylko jedna albo druga. Inne celowo były marginalizowane.

Tak właśnie narodził się w Polsce populizm. A ruchy populistyczne odnoszą największe sukcesy, kiedy wyborcy są niezadowoleni z władzy. Czerwone światło już powinno zapalić się, kiedy 4 lata temu Janusz Palikot i jego ruch zdobył 10% poparcia, wprowadzając do sejmu czterdziestu posłów z łapanki. Jak to z ruchami populistycznymi bywa, Ruch Palikota upadł, zanim na dobre powstał.

Wiosenne wybory prezydenckie, przegrana Bronisława Komorowskiego i 21% Pawła Kukiza, to już był potężny, głośny wystrzał z działa armatniego oraz żółta kartka od wyborców dla elit politycznych. PO i PiS zaczęły "tańczyć" na festiwalu populistycznych obietnic w rytmie RocknRolla, któremu tempo nadawał Kukiz. Czołowe partie prawicowe znów kreowały obraz dwupartyjnego systemu w Polsce. Reszta jest poza dwustopniowym podium. Sojusz Lewicy Demokratycznej przez cztery lata nie zrobił praktycznie nic, żeby stać się przeciwwagą polityczną dla prawicy. Od dawna mówiło się o odmłodzeniu SLD, które sprowadziło się do wybrania na wiceprzewodniczących Paulinę Piechnę - Więckiewicz i Dariusza Jońskiego (pokolenia trzydziestolatków). Jednak na czele stał i stoi cały czas Leszek Miller. Stworzenie koalicji z Palikotem było tylko gwoździem do trumny lewicy. Plusem jest to, że trzy tygodnie przed wyborami, kiedy Włodzimierz Czarzasty zrezygnował z szefowania sztabem, na pierwszą linię frontu wysunięto Barbarę Nowacką. Ale było już za późno. Jednak liderce Zjednoczonej Lewicy w tak krótkim czasie udało się uzyskać 7,55%. Pakiet socjalny PiS przygniótł program wyborczy ZL, ale Nowacka, charyzmatyczna, inteligentna, przebojowa, została na polu bitwy aktywna poza parlamentem. I tak naprawdę to 7'55%, to jej kapitał polityczny.

Polacy nigdy nie słynęli z pospolitego ruszenia do urn wyborczych. Sytuacja teraz zmieniła się o 180 stopni. W manifestacjach w całym kraju w obronie wolności i demokracji biorą udział dziesiątki tysięcy ludzi w różnych wieku. Naród obudził się. Dotarło do nas, że wpadliśmy we wnyki, z których ciężko się wydostać. Takiej mobilizacji nie przewidzieli nawet organizatorzy manifestacji, czyli Komitet Obrony Demokracji.

Teraz do rosnących rachunków za leczenie beznadziejnego przypadku prezesa powinni z całą odpowiedzialnością dołożyć się politycy opozycji. Szukać furtek prawnych, patrzeć z bliska władzy na ręce. Jeśli pojawia się pomysł referendum, PO i PSL powinny zbierać podpisy pod projektem obywatelskim. Jeśli Sąd Najwyższy ma rozpatrzeć skargę o starcie w wyborach PiS, jako komitetu, a nie koalicji z Ziobrą i Gowinem, goszczący tak często w mediach Ryszard Petru, niech o tym mówi. Bo póki co napisał tylko o tym portal naTemat.pl.

Przechodzimy poważny kryzys. Relacje zagranicznych stacji telewizyjnych o tym, że ludzie wyszli na ulice przeciwko pisowskim władzom przypominają, te z czasów stanu wojennego. Straciliśmy zaufanie do polityków. Mam jednak nadzieję, że jeśli dojdzie do wcześniejszych wyborów, wybierzemy mądrze, nie damy omamić się kłamliwymi obietnicami, a polska scena polityczna zmieni się na korzyść nas wszystkich. Wyborcy na pewno podniosą poprzeczkę kandydatom.