Gdy bardzo czegoś oczekujemy, a rezultat jest słabszy, niż oczekiwany – poczucie niedosytu czy wręcz jest dużo większe, niż miałoby to miejsce, gdyby te nadzieje w ogóle nie zostały rozpalone. Takie odczucia ma wielu obserwatorów pierwszej tury wyborów prezydenckich w Egipcie, które odbyły się w środę i czwartek.

REKLAMA

Dla Europejczyka sprawa nie do końca jest jasna. Najpierw w Egipcie wybucha rewolucja, w wyniku której znienawidzony przez większość prezydent musi uciekać za granicę, ale zwycięstwo jest okupione śmiercią bardzo wielu obywateli, którzy, świadomi grożącego niebezpieczeństwa, udawali się na protesty – przede wszystkim na plac Tahrir, choć nie tylko. Po ucieczce prezydenta na czele kraju staje Najwyższa Rada Wojskowa, której przewodzi minister obrony w rządzie Mubaraka, Mohamed Hussain Tantawi. Na plac Tahrir znów wyszły tysiące ludzi – tym razem, by świętować nadejście zmian albo co najmniej zapowiedź ich nadejścia. Powody do radości mieli zwłaszcza młodzi, którzy dzięki Internetowi, telewizji i kontaktowi z przyjezdnymi z zagranicy wiedzieli, że gdzieś jest inny świat z systemem, który doskonały nie jest, ale i tak w wielu aspektach o niebo lepszym niż to, co oferował im dyktator. Ten system to demokracja, którego jedną z wad jest to, że nie ma jakiegoś uniwersalnego kształtu, który by się dało zaszczepić w każdym państwie na świecie. Trudno dziś oceniać, czy radujący się z powodu końca ery Mubaraka mieli świadomość, że swój model demokracji będą musieli budować niemal od podstaw – Egipcjanie nie mogli liczyć na wsparcie innych państw regionu, które także przezwyciężyły swoje dyktatury, gdyż tak Libia, jak i Tunezja uczyły się swojej wolności i w korzystaniu z niej były tak samo niedoświadczone, jak niegdysiejszy kraj faraonów.

Przeprowadzone ostatnio wybory wieńczą maraton wyborczy nad Nilem. W listopadzie obywatele wybierali przedstawicieli do Zgromadzenia Ludowego, od końca stycznia do połowy marca – senatorów. Niestety, do wyborów parlamentarnych wielu Egipcjan szło rozczarowanych – zamiast entuzjazmu spowodowanego pierwszymi wyborami, które w nazwie miały przymiotnik "wolne", królowało raczej przekonanie, że generałowie nie oddadzą władzy.

Wybory do niższej izby parlamentu wygrały dwie partie, których obraz zdecydowanie nie przystaje do wyobrażeń o porewolucyjnym, nowoczesnym rządzie. Utworzona przez Bractwo Muzułmańskie umiarkowana Partia Wolności i Sprawiedliwości nieznacznie wyprzedziła wtedy skrajnie islamistyczną partię Nur. Pierwszych historycznych wyborów nie monitorowali zewnętrzni obserwatorzy, gdyż nie zostali do Egiptu wpuszczeni, mimo wszystko nie brakuje dowodów na fałszowanie kart do głosowania, kupowanie głosów czy zakłócanie ciszy wyborczej. Niezadowoleni z wyników pocieszali się, że do władzy dojdą jeszcze przedstawiciele innych opcji politycznych, gdyż rząd jest powoływany przez prezydenta, a pod koniec poprzedniego roku trudno było prorokować, kto nim zostanie.

Dziś nadal nie możemy odpowiedzieć na pytanie, kto przejmie stanowisko po Mubaraku, gdyż druga tura wyborów odbędzie się 16-17 czerwca, to jednak próby odpowiedzi nie są obarczone dużymi wątpliwościami. Do drugiej tury wyborów przeszli człowiek starego reżimu – Mohamed Mursi, kandydat Bractwa Muzułmańskiego, oraz popierany przez armię Ahmed Szafik, ostatni premier reżimu Mubaraka i jego zaufany człowiek.

Smutna konstatacja płynie z relacji jednego z biznesowych polskich portali: "Wydaje się, że rewolucyjny postulat, by Egipt stał się państwem cywilnym, czyli demokracją rządzoną ani nie przez islamistów, ani wojskowych, został przynajmniej tymczasowo odłożony ad acta".

Zrozumiały żal budzi przede wszystkim to, że wielu ludzi spodziewało się realnych zmian, których wprowadzenia oczekiwali od osób, które nie są związane w żaden sposób z poprzednim systemem ani z radykałami, a nowa jakość wydaje się tu wątpliwa. Wprawdzie Partia Wolności i Sprawiedliwości (polityczne skrzydło Bractwa) obiecuje reformy, ale trudno spodziewać się, że unowocześnią państwo i zbliżą je do standardów zachodnich. Bractwo będzie się raczej skupiało na wzmocnieniu jego islamskich fundamentów i szerszym zastosowaniu prawa islamskiego, co już zresztą zapowiedziano.

Także w czasie wyborów doszło do pewnych nieprawidłowości, ale komisja wyborcza odrzuciła skargi, które wpłynęły w związku z przebiegiem głosowania.

Do pewnego stopnia wynik wyborów odzwierciedla walkę, która zdominowała Egipską politykę w ostatnich latach – pomiędzy ugrupowaniami popieranymi przez armię i Bractwo, które przez długi czas było wiodącą organizacją opozycyjną. Różnica jest taka, że walka nigdy jak dotąd nie odbyła się wprost – wszak zeszłoroczne wybory parlamentarne i zeszłotygodniowe prezydenckie były pierwszymi wolnymi od bardzo wielu lat. Samo Bractwo zostało zdelegalizowane za czasów Mubaraka, więc nie mogło otwarcie wystawiać kandydatów w wyborach.

Ostatnie wyniki pokazują, jak ważne dla Egipcjan są głoszone przez Bractwo postulaty i jak silne są wpływy radykalnych partii. To, co myślimy o tym w Europie jest mniej ważne, bo to Egipcjanie mają dobrze czuć się w swoim państwie, które po latach mogą budować na nowo. Nawet jeśli stają przed wyborem między starym systemem a pewnym postępem, lecz związanym z umacnianiem islamu – tak o egipskiej alternatywie powiedział prof. Jan Bury (UKSW). Jak napisałam wcześniej, demokracji nikt nikogo nie nauczy, bo ta buduje się w wyniku różnych kompromisów – Zachód może tylko zachęcać Egipcjan, by nie popełniali pewnych błędów, bo te mogą ich zniechęcić do podejmowania dalszych działań na drodze do demokratyzacji. Najbliższa kadencja prezydenta, którego nazwisko poznamy wkrótce, pokaże, dokąd te działania zmierzają. Oby nie wyrósł następca Mubaraka, bo bruk na placu Tahrir wchłonął już zbyt wiele krwi demonstrantów. I jeszcze jedno. Moim zdaniem nie należy mieć Egipcjanom za złe, że nie wybrali nowoczesności, której się po nich spodziewaliśmy. Jeśli zmiany i reformy mają mieć twarz Mursiego czy Szafika – widać, że Egipcjanie w swej znakomitej części nie potrzebują dalej idących zmian i samo odejście ekipy Mubaraka jest wystarczającym wydarzeniem. Abstrahując od tego, że część głosów została sfałszowana – to jednak około 10 milionów osób oddało na nich głos – przy frekwencji wynoszącej 46 proc.

Z naszego punktu widzenia doskonale byłoby, gdyby wygrał kandydat popierany przez partię liberalną. Skoro jednak tak się nie stało, miejmy nadzieję, że idzie lepsze, nowe – bez względu na nazwę.

Martyna Kośka