Mimo że sens jakichkolwiek podsumowań starego roku jest mocno ograniczony, to o roku 2015 warto powiedzieć kilka rzeczy. Był to bowiem i dla świata, i dla Polski rok przełomowy. Po pierwsze i najważniejsze – Ziemia ewidentnie się zbuntowała i powiedziała stanowcze „nie” temu, co z nią wyprawiamy.

REKLAMA

2015 r. był od czasu rozpoczęcia pomiarów temperatury w skali globalnej rokiem najgorętszym i wiele wskazuje na to, że każdy kolejny będzie go wyprzedzał. I choć fakt, czy ktoś wierzy w antropogeniczne źródło katastrofy, jest praktycznie pozbawiony znaczenia, to liczba szaleńców utrzymujących, że ocieplenie wzięło się nie wiadomo skąd (to znaczy nie od człowieka) jednak się zmniejsza. W zasadzie są to już tylko twardogłowa nieświeża konserwa, bądź (nadal liczni) przedstawiciele mas, co do zasady niedostrzegający całkowicie elementarnych związków przyczynowo-skutkowych (ostatnio w Polsce te dwie grupy pozostają w konfrontacyjnie nastawionym sojuszu).

W związku z ociepleniem ludzkość urządziła sobie coś w rodzaju świeckiej globalnej mszy w postaci paryskiego szczytu klimatycznego. W zamyśle szczyt miał przynieść rozwiązania zmierzające do zahamowania wzrostu średniej temperatury globu na poziomie 1,5 °C, ale okazał się być mniej więcej tym, co przeciętna uroczystość religijna dowolnego wyznania. Próbą uspokojenia sumień i skołatanych nerwów. Wiadomo dziś, że i koncerny i państwa już trzydzieści lat temu wiedziały, co oznacza spalanie dużych ilości paliw kopalnych. Ale, mając na szali trzydzieści lat gigantycznych zysków (i związanej z nimi, osiągającej poziom opętania, konsumpcji) oraz istnienie Ziemi jako żywej planety nadającej się do zamieszkania przez ludzi, wybrano pierwsze.

Szczyt nie zakończył się niczym szczególnym. Poprzestano na deklaracjach, że będziemy się starali, żeby było dobrze. Główni rozgrywający nie skierowali do ludzkości jakiegokolwiek przesłania. Kwestie wyniszczającej Ziemię turboprodukcji mięsa, zagłady lasów równikowych, zagłady gatunków, czy „gospodarki” morskiej będącej z kolei zagładą dla mieszkańców morza, oraz zupełnie zasadnicza kwestia przeludnienia i (mającej charakter globalnego zaburzenia) kompulsywnej konsumpcji, nie przebiły się do społeczności międzynarodowej. Najprawdopodobniej dlatego, że nikt się nimi nie zajmował.

Widomym znakiem katastrofy była masowa emigracja mieszkańców Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej do Europy. W części spowodowana bezpośrednio wojną, w części chęcią poprawy własnego losu, ale ostatecznie mająca źródła o charakterze ekologicznym. Emigracja okazała się być jednocześnie symbolicznym końcem lewicowo-liberalnego dyskursu, który przez ostatnie trzydzieści lat z roku na rok oddalał się od empirii, tworząc coraz to bardziej fantazmatyczną wizję świata. Wizja ta, stojąca w opozycji do klasycznego rozumienia nauki i filozofii, odrzucająca zło jako immanentny składnik bytu i bycia, doprowadziła do politycznego i społecznego triumfu sił, których istnieniu z takim uporem usiłowała zaprzeczyć.

I w tym miejscu nie można pominąć ekologii (utożsamianej błędnie z czymś w rodzaju „czystości”). Ponieważ ludzie, przynajmniej na poziomie podświadomości i instynktów, zdali sobie sprawę z nieodwołalności zagłady, oddali się politycznym fanatykom i tyleż intensywnej co powierzchownej religijności. Są to sprawy dobrze poznane i opisane, ale – jak do tej pory – rozważane poza kontekstem ekologicznym.

Do pełnego obrazu zbiorowej świadomości należy jeszcze dołożyć tę, coraz bardziej uwewnętrznioną, lewicę, która tym mocniej głosi oderwane od rzeczywistości tezy, im mniej zrozumienia znajdują one w masach. Nie ma dziś po lewej stronie ani intelektualistów, ani polityków zdolnych do przerwania szaleństwa i będzie ono trwało aż do zupełnego kolapsu lewicowych idei. Czy na jego gruzach możliwe będzie powstanie lewicy innej (lub czegoś, co będzie ją przypominać), nie opartej na intelektualnych zabobonach, to jest jeszcze pytanie otwarte.

Wisienką na torcie choroby toczącej świat było powstanie, istnienie i działanie struktury określanej mianem państwa islamskiego. Daesh okazało się prawdziwym zlewem brudu wyprodukowanego przez ludzkość na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat. Zagubieni chłopcy pozbawieni rodziców i tożsamości, wychowani w świecie patologicznej konsumpcji, konsumpcji której nienawidzili, a jednocześnie nie potrafili odrzucić, pod wodzą markujących religijność spryciarzy-okrutników, rzucili na kolana pozostałą część ludzkości. Zbyt ogłupiałą, aby podjąć jakiejkolwiek działania zmierzające do zakończenia konfliktu. Prowadzoną przez ludzi, których decyzje i działania stały się zapalnikiem wojny (sic!). W tej perspektywie widokówki z państwa islamskiego były tylko wyostrzonymi obrazami okrucieństw i głupstw dokonywanych w lepszych miejscach świata.

Na polskim gruncie globalizacyjne patologie (przy intelektualnej i prakseologicznej zapaści lewicy), doprowadziły do bezskutecznego zakończenia procesu modernizacji i demokratyzacji. To umieranie pojawiło się już wcześniej na poziomie samorządów, gdzie do władzy doszły klony polskiego ludowo-katolickiego konserwatyzmu (lub po prostu PiS), które – działając ciągle w ramach prawa – faktycznie wyłączyły jakikolwiek dialog w sprawach społeczności lokalnych, przy okazji pogrążając je w paroksyzmach militarnych inscenizacji, orszaków trzech króli, dróg krzyżowych, święceń i otwarć różnego rodzaju budowli. Budowli stanowiących totemy powierzchownej modernizacji, którą jeszcze wypadało tym władzom markować. Dzisiaj PiS przenosi do parlamentu to, co już wcześniej zrobiło na poziomie Polski lokalnej.

Nie sposób nie odnotować również, że katalizatorem triumfu polskiej wersji konserwatywnej utopii (jej niedoścignionym wzorcem jest dziś putinowska Rosja) była degrengolada obozu liberalno-lewicowego, który zadławił się własnym pędem, całkowicie mylnie zakładając, że dobre wskaźniki makroekonomiczne wyczerpują wszelkie ludzkie potrzeby. Że bajdurzenie o tożsamości kobiet i mężczyzn (przynajmniej tak ostatecznie postrzegam genderowy dyskurs, co być może wynika z niezrozumienia), czy absolutnej równości kultur zastąpi ludziom pewność zatrudnienia i wyczerpie potrzeby duchowe. Ale przecież i ta polska siódma pieczęć ma swoje źródło w poczuciu ostatecznego końca (który mało kto jeszcze sobie bezpośrednio uświadamia).

Dwa w miarę optymistyczne zdarzenia, jakie wypada odnotować w roku 2015, to papieska encyklika Laudatio Si’, poświęcona (w istocie) ostatniej już możliwości uratowania Ziemi przed zagładą oraz… kolejna część sagi „Gwiezdnych wojen”. Te dwa dzieła jakby coś łączyło (pierwsze jest dużo lepsze – pisząc o drugim, przemawia przeze mnie sentyment). Obydwa pokazują, kim moglibyśmy być, gdybyśmy nie byli tym, kim jesteśmy. I choć wypada przeprosić za ten banalny bon mot, to przecież oddaje on myśl ostatecznie niebanalną – nie jesteśmy w stanie wybić się na rozsądek, miłość, współczucie i poświęcenie (choć wiele wysiłku wkładamy w udawanie, że tak).

Na progu roku 2016 ludzkość wierzy jeszcze, że rozwiązanie problemu globalnego ocieplenia jest problemem techniczno-organizacyjnym. Wierzy, jak bankier z „Małego księcia”, że może zarządzać gwiazdami. Tymczasem jest to już tylko problem moralny, pozbawiony zresztą jakiegokolwiek znaczenia praktycznego. Efekt synergii nieszczęść został aktywowany. Aktywowany naszą ręką. Jeden stopień będzie katalizatorem dwóch stopni, a dwa czterech. Trzy, cztery stopnie oznaczają śmierć świata jaki znamy.

Ostatnie dni roku upłynęły pod znakiem temperatur dodatnich nie tylko w Polsce, ale również na… biegunie północnym. W tym kontekście nasze polskie, doraźne nieszczęście, na szczęście, wydaje się mniej istotne.

PS Nie chcąc pozostawiać czytelnika z tym całkowicie przecież pesymistycznym obrazem świata przełomu lat, do tego, co robić, żeby było lepiej, odniosę się w kolejnym wpisie. Chciałbym zastanowić się, czy jest możliwa jakaś trzecia (może czwarta) droga. Droga między lewicową iluzją, konserwatywną utopią i stojącym u bram religijnym fundamentalizmem. Droga pomiędzy fałszem oświecenia, a ciemnościami źle pojmowanej religijności. Droga, która uwzględniałaby możliwości rozwoju nie oparte na zwiększaniu konsumpcji. Będą to zapewne rozważania ściętej głowy, ale próbować (być może) jeszcze warto.