Boże, jak mi się żona ucieszyła, kiedy po 7-dniowym wyjeździe do Polski wracaliśmy do Niemiec. Ledwo, co przejechaliśmy most na Odrze i pojawiła się tablica „Willkommen in Deutschland”, Joasia rozpłynęła się w fotelu i wyznała rozpromieniona: „Nareszcie w domu. Słyszałeś, jak mi kamień runął z serca?”

REKLAMA

Pokochałem ją w 1999 roku i jak by mi ktoś wtedy powiedział, że taki moment nadejdzie, pewnie bym go wyśmiał. Była patriotką przez duże „P”, zawsze zaangażowana w duch tej Solidarności, którą i ja kiedyś pokochałem, czego kosztem było więzienie i moja banicja „na Zachód” w 1982 roku.

Dzisiaj po kilkudniowym pobycie w Polsce siedzi w samochodzie obok mnie i zaczyna wręcz podskakiwać w fotelu, kiedy opuszcza granicę kraju, w którym się urodziła. I co najdziwniejsze: ja się z tego cieszę bo wiem, że przestanie ją zżerać tęsknota, która towarzyszy każdemu emigrantowi. Tęsknota za tym czymś, co nazwano Ojczyzną... I to samo: gdyby mi ktoś przed Milenium powiedział, że przeżyję taki moment, w którym kamień będzie mi spadał z serca podczas wyjazdu z Polski - i to do Niemiec (!!!) - pewnie też bym go wyśmiał.

Dzisiaj już nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, bo wydaje się brakować czasu na jedno i drugie. Patrzę: jedni protestują „dziesiątkami tysięcy” przeciwko drugim, którzy też „dzisiątkami tysięcy” protestują przeciwko tym pierwszym. I jedni i drudzy obwiniają się, że to ta prawdziwa „komuna”. Ja nie wiem. Ja tylko patrzę, bo po polskim dowodzie osobistym pozostało mi tylko obywatelstwo niemieckie, z „Polaka” zrobiłem się więc „Niemcem” i głosować mi w sprawach „mojej Ojczyzny” już od 1990 roku nie wolno. Tylko dlaczego akurat w 1990 ktoś mnie urzędowo pozbawił tego obywatelstwa – nie wiadomo; bo nota bene do oficjalnego przełomu w 1989 jeszcze je miałem, choć ta „Prawdziwa Komuna” za „działalność antypaństwową” groziła nawet w „Trybunie Ludu”, że nie tylko je zabiorą, ale w wyroku zaocznym: śmierć... Ale nie zabili i obywatelstwa do końca nie zabrali... Zabrali dopiero ci po „transformacji”.

Więc who is who w „PL” po tylu latach od 1945-go i Okrągłego Stołu mało mnie już obchodzi, gdyż jest mi wiadomo, że kierownictwo Polski i Polaków zostało w rękach starych decydentów. Ja? Byłem tylko „Normalnym Prawdziwym Patriotą”, jak mnie w Polsce wychowano, jak i „Normalną Prawdziwą Patriotką” była Joasia, jak ją wychowała Polska i jej prawdziwy, patriotyczny, „Polski Rodzinny Dom”, co tam „Ojciec Prawdziwy Polak” aktywnie współbudował „Solidarność”, w domu pełne regały książek, Piłsudzki, „Pępek Świata” i takie tam „Polskie Stereotypy”... A! No i biskupów po pierścieniach obcałowywał - bo oni przecież zawsze przy tym byli, gdzie te Jurczyki, Wałęsy itd. i dyktowali, którędy stąpać, by było dobrze i według tych ich średniowiecznych zabobonów, którymi zahipnotyzowali już grubo ponad miliard ludzi na całym świecie i doją ze wszystkiego, co się da, a co dopiero polskich parafian.

Na świecie bębnią o gwałtach i przemocy wobec wychowanków w kościele rzymsko-katolickim, a Polacy bez zmian zanoszą je tam już za niemowlaka, potem gonią do kościołów, jak na ofiarę. Nigdy nie pasowało mi to do tej niby wyjątkowej polskiej inteligencji, rzekomego polotu ułańskiego i tejże fantazji, bo to w ogóle „Nacja Z Wielkimi Tradycjami”... Jakby było się czym chwalić, że z ludźmi nie potrafiliśmy się dogadywać i panował zamordyzm. Odkąd wydoroślałem... „zniemczyłem się”... i los dał mi zwiedzić świat wiem, że 80% ludzi, niezależnie od kręgu kulturowego, z jakiego się wywodzili, domagali się sprawiedliwości, tęsknili za równością i normalnym, godnym, bezpiecznym życiem dla tzw. najważniejszej komórki społecznej – „Rodziny”. Taka komórka miała być według pierwotnych założeń częścią łańcucha, czyli połączona po sąsiedzku z takimi samymi bezpiecznymi domami ze świętym spokojem. Co nam przemówienia o jedności, solidarności, prawie i sprawiedliwości, jak zamiast Narodu mamy 80% „parafian i tradycjami zarażonych potomnych” - łatwy więc kąsek do manipulacji dialektyką.

Słowa, jak „jedność”, „rodzina” czy „solidarność” są już tak wyświechtane, że ich pojawienie się uwidacznia zawiedzioną nadzieję, a wszystko brzmi już, jak utopia z akcentem na „Nie Da Się”. Kościół-to, Kościół-tamto - jakoś nikt nie zauważa, że Kościół od wieków sprawuje w Polsce władzę nadrzędną, zawsze przy wszystkim jest i trzyma wykastrowany z inteligentów Ród w średniowiecznym kagańcu mentalnym.

Sam Ród, jak każdy zahipnotyzowany delikwent, nie do końca wie, że jest ofiarą manipulacji. Z dziada pradziada wierzy „w Boga” i że kiedyś powróci, utknął więc w narzuconych „Tradycjach”, dzięki czemu łatwo rozsiewać tu strach i nienawiść, no i tą nie do zniesienia „Wyższość Nad Kimkolwiek”. Ja rozumiem, że to było Królestwo, ale jest, co jest, bo nasza królewska wyższość nad wszystkimi doprowadziła do kościelnego osaczenia, co teraz oficjalnie już w telewizji leci, żeby było jeszcze jaśniej...