Obywateli, którzy mniej lub bardziej aktywnie sprzeciwiają się dzisiaj budowie nadwiślańskiej formy faszyzmu, czeka okres dwudziestoletniej co najmniej smuty. Intensywność mentalnego zapotrzebowania na takie, a nie inne urządzenie stosunków społecznych, zbyt była głęboka i niepohamowana, żeby to się szybko wypaliło. Na barykadach ułomnej polskiej wolności stoją jeszcze KOD i Nowoczesna.pl. W rozmowie z kolegą żartowałem, że obydwie są bezsilne, bo w pierwszym jest za dużo humanistów, a za mało praktyków, w drugiej odwrotnie. Z kolei „Razem” to nadal dzieci. Nie dostrzegam ścieżki, którą mogłyby przejść w dorosłość.

REKLAMA

Ucieczka od wolności nie jest w historii ludzkości niczym nowym. Jej istota pozostaje niezmienna, jak niezmienna jest ludzka natura (znienawidzona i odrzucona, dlatego wiecznie triumfująca). Dla badacza interesujące mogą być jednak jej nowe barwy, odmiany, akcydensy. W takim świetle nowy faszyzm wydaje się być reakcją obronną na niszczące procesy globalizacji, konsumpcji i – ostatecznie – będącego ich bezpośrednim skutkiem, potencjalnego „końca świata”. Im bardziej ten ostatni wychyla się z odmętów społecznej podświadomości, tym szybciej wzmagają procesy autodestrukcji. Także to nie są rzeczy nowe.

Jak się to ma do polskiej smuty? Przede wszystkim tak, że nie da się stworzyć jakiejkolwiek spójnej i nośnej narracji politycznej (zdolnej do przeciwstawienia się dominującej narodowo-katolicko-solidarystycznej lub socjalistycznej), bez uwzględnienia tych elementów. Nie rozumie tego ani KOD i jego antyliderzy, ani "Nowoczesna" i jej rzeczywiści liderzy, ani bezsilna „Razem” (cały czas zastanawiam się, czy dobrze zrobiłem, popierając ją w ostatnich wyborach). Tej narracji nie da się również stworzyć bez odrzucenia lewicowo-liberalnych zabobonów, niszczącego pakietu kontrfaktycznych założeń na temat człowieka i ludzkości. Są one dobrze nazwane, ale czy to z grzeczności i litości, czy to ze względów jasności wywodu, nie ma potrzeby w tym miejscu ich przywoływać.

Żadnej z tych spraw nie uświadamiają sobie, ani KOD, ani Nowoczesna.pl, ani „Razem”. Tymczasem PiS, Kukiz 15 i setki tysięcy młodych Polaków, opętanych mitem Polski husarzy, ułanów i „wyklętych” wiedzą o tym w sposób całkowicie bezpośredni, bezrefleksyjny, miażdżący.

Co w takim razie można przeciwstawić sile mitu? Obronę wolności słowa, złotówki, mediów, znienawidzonych sądów i trybunałów? Czy może zniesienie ciszy wyborczej i likwidację przywilejów związkowych?

Toniecie, Drodzy Państwo, w takich szczegółach, zamiast budować wielkie idee. I już dziś widać, że zanim je zbudujecie (choć nie chcecie i nie umiecie ich budować), zje Was partyjniactwo i podział na listach przewidywanego sukcesu. Nie minęły trzy miesiące od Waszych narodzin, a już bierzecie się za łby. Z takim ciężarem, nie możecie być nadzieją dla nikogo i niczego. Oddala się również kiełkująca w Was samych wizja przyszłego wyborczego sukcesu. Zanim on się ziści, wykończycie się sami.

Tymczasem powinniście rozważyć, czym dzisiaj jest wolność, skoro chcecie jej bronić, czym jest nowoczesność, skoro nosicie ją na sztandarach. Dla setek tysięcy młodych Polaków, wolnością i nowoczesnością stał się powrót do tradycji. Nie zastąpią jej związki partnerskie i wychowanie seksualne w szkołach. Nie przezwycięży genderowy i poprawnościowy dyskurs.

Siłę tej polskiej ucieczki od wolności można wstępnie ocenić na co najmniej dwadzieścia lat. I w historii świata i polski będzie to kluczowy okres. Zmiany klimatyczne albo wykończą wszelkie znane nam urządzenia społeczne (a wraz z nimi nas), albo zdarzy się cud i przetrwamy, dostosowując się do nowego wyniszczonego kulturowo, moralnie, cywilizacyjnie i czysto fizykalnie świata.

Polsce jest dzisiaj potrzeby polski Rick Grimes, Geralt z Rivii z wrażliwością Jane Goodall i kapitana Paula Watsona. Człowiek odważny i uczciwy. Rozumiejący, że dobro nie realizuje się bez akceptacji zła. Zwalczający je wytrwale, bez moralnego uniesienia i bez nienawiści. Bez ideologicznej nadbudowy. Świadomy konieczności istnienia jakiejkolwiek wspólnej idei. Wrażliwy, ale nie sentymentalny. Wielkoduszny, stanowczy. Ktoś, kto wie, że musimy się zmierzyć z ekologicznym mieczem Damoklesa. Agnostyk nieprzekreślający religijnego pocieszenia. Ktoś, kogo nie pożre megalomania.

Czy do tej roli mogą dziś pretendować Mateusz Kijowski, Ryszard Petru i Adrian Zandberg? Wolałbym pozostawić z tym pytaniem czytelnika. Ja wiem, że kogoś takiego nie ma. Wiem również, że przemawia przeze mnie to, co sam chciałbym ograniczyć – romantyzm i sentymentalizm. Ale może (jednak i przynajmniej) powinniśmy go szukać i w innych, i w sobie.

Oczywiście wszystko może potoczyć się inaczej. W kilka dni mogą upaść rynki, a wraz z nim infantylna demokratura, której powstanie obserwujemy od kilku miesięcy bezsilni i pozbawieni nadziei. Synergia ekologicznych nieszczęść może w kilka miesięcy zamknąć potrzebę wszelkich rozważań i poszukiwań. W wyjątkiem może poszukiwania czegoś do zjedzenia.

PS Pomysł dwudziestu lat nie jest pomysłem moim. Znalazłem go na wallu jednego z kolegów. Nie wymieniam, którego. Może dać o sobie znać w komentarzach, jeśli naturalnie zechce. W zasadzie wpaść na niego może każdy, choć nie dla każdego jasny będzie metaforyczny potencjał liczby.