Kolejni szefowie sztabów wyborczych partii Jarosława Kaczyńskiego mają najłatwiejsze zadanie do wykonania podczas kampanii parlamentarnych. W przypadku innych sił, ruchów politycznych nie występuje na taką skalę zjawisko tzw. „twardego elektoratu”. Można mówić o w miarę stabilnych wyborcach lub tych, którzy głosują spontanicznie, pod wpływem emocji. PiS ma stały, wierny elektorat od lat na poziomie 25 – 27%. Te liczby podane w skali krajowej, statystycznie, widoczne w sondażach, robią wrażenie. Wszystko jednak zależy od proporcji. PiS wygrywa przy niskiej frekwencji. Dziesięć procent więcej w lokalach wyborczych i głosy oddane na inne frakcje automatycznie zmiękczają prezesa w kolanach.

REKLAMA
Niska frekwencja w Polsce, to nasza „choroba narodowa”. Najwyższą liczbę Polaków, którzy poszli do urn wyborczych odnotowano 4 czerwca 1989 roku. Niezwykle ważne głosowanie, właśnie za wolnością i demokracją, choć w wyborach, o których nie można mówić, że były wolne i demokratyczne. Mawia się, że były częściowo wolne. Ale to tak, jakby być częściowo w ciąży. Przypominam, że władze PRL dały w Sejmie solidarnościowej opozycji zaledwie 35% miejsca na mandaty, natomiast w Senacie wolną rękę wyborcom. W drugiej izbie Parlamentu zasiadło wówczas 99% senatorów z obozu solidarnościowego. Frekwencja w pierwszej turze wyniosła 62% (zagłosowało 17 milionów uprawnionych Polaków), ku zaskoczeniu kandydatów po obu stronach barykady. Mało - mówiono. Rekord odnotowano wówczas w województwie rzeszowskim - 70%.
„Twardy elektorat” Kaczyńskiego i PiS oraz frekwencja poniżej 50% wpędziły Polskę w pułapkę demokracji. I w sposób demokratyczny póki co trudno się z niej wydostać na wolność. Ten wierny, wręcz fanatyczny elektorat jest bardzo zdyscyplinowany. Był pielęgnowany przez prezesa i o. Tadeusza Rydzyka przez ostatnią dekadę. Poszło gładko. Jesteśmy krajem postkomunistycznym, w którym w PRL wiara i Kościół były dodatkowym wsparciem dla Polaków, podtrzymywały na duchu, jednoczyły. Śmiem twierdzić, że przynajmniej połowa tego elektoratu to wyborcy duchownego z Torunia, ale głosy idą oczywiście na konto kandydatów PiS. Ten tandem polityczno – kościelny wpajał z uporem maniaka i robi to nadal, że oprócz wyborców PiS, nikt inny w naszym kraju nie wierzy w Boga albo jak już wierzy, to w swojego. Kościół polski, to imperium - sanktuarium z o. dyrektorem na czele. Na wartości prawicowe monopol ma jedynie Kaczyński i PiS. Inni są źli, są wrogami państwa polskiego, chcą je zburzyć, roztrwonić, w końcu doprowadzić do totalnej zagłady. Reszta to postkomuniści, układ pomogadalenkowy i politycy zasiadający przy okrągłym stole, Żydzi oraz media niemieckie. Ostatnio nawet wegetarianie i cykliści. Czyli ci wszyscy, którzy nie wpisują się w krajobraz i schemat myślowy polityków PiS. To jeden wielki spisek. Tym są „karmieni” wyborcy Kaczyńskiego. Ten przekaz próbują czasami "zakłócić" media inne od propisowskich, więc są marginalizowane, żeby jakiemuś wyborcy przypadkiem nie zapaliła się lampka ostrzegawcza w głowie.
O ile w innych państwach demokratycznych, to partie dostosowują się do wartości światopoglądowych, to w Polsce jest zupełnie odwrotnie. Polacy próbują często swoje poglądy precyzować na podstawie układu na scenie politycznej. Mieliśmy tego przykład, kiedy od Kaczyńskiego uciekali ludzie, próbujący zakładać swoje partie, czy podczas zawiązywania się innych frakcji prawicowych. Nie miały siły przebicia. Prawdziwa prawica była tylko jedna i było to PiS. Prezes dlatego ukrył pod swoimi skrzydłami podczas wyborów Solidarną Polskę i PR Gowina, ponieważ „twardy elektorat” jest „własnością” PiS. Na przykład SLD jest partią lewicową, ale nie wszyscy ludzie o poglądach lewicowych utożsamiają się, czy głosują na sojusz. Wedle polityków PiS, lewak nie wierzy w Boga i nie chodzi do Kościoła. To kompletna bzdura. Osoba o poglądach lewicowych, chce jedynie, żeby duchowni nie byli politykami, to człowiek, który chce żyć w państwie świeckim, co nie będzie niektórym przeszkadzało uczestniczyć w mszach świętych.
Partie polityczne w Polsce dostosowują prezentowane poglądy koniunkturalnie, do oczekiwań wyborców. Te od początku powinny być ugruntowane, a nie "sprzedawane" razem z ofertą programową ugrupowania. Po ostatnich wyborach w tej konkurencji pierwsze miejsce na podium zajmuje PIS. Nie dość, że była to prawica o socjalnym, lewicowym programie, to dodatkowo rozmiar obietnic nabrał olbrzymich wymiarów populistycznych.
PiS posługuje się uproszczeniami, stereotypami, łatwo przyswajalnymi przez ludzi, którym jest wygodniej, jeśli ktoś im wytycza tę właściwą drogę. Pokazuje kierunek. Biorąc pod uwagę aspekt psychologiczny i socjologiczny, ludzie często robią tak, żeby nie brać odpowiedzialności za nie swoje decyzje. Sęk w tym, że za decyzjami kompromitującej się partii, wprowadzającej chaos niestety stoją wyborcy. Zauważalne jest ostatnio zjawisko nazywane „hipotezą spirali milczenia”. Sporo osób, które głośno deklarowały poparcie dla PiS, nie mówi już o tym, unika tematów politycznych. Najwyraźniej wstyd jest tym ludziom za swoich kandydatów. Wielu wyborców twierdzi, że nie oddało głosu na drużynę Kaczyńskiego, chociaż było inaczej, bojąc się, że zostaną napiętnowani w swoim środowisku. Elektorat napływowy, który liczył na "dobrą zmianę", uderzy się pierś, przyzna, że dał się nabrać, natomiast wyborcy mocno przywiązani do PiS, będą tłumaczyć prezesa, zaciekle broniąc.
Dzisiaj islamizacja, kwestia uchodźców, interwencja Komisji Europejskiej wobec polskiego rządu, jeszcze utwardzają ten elektorat. I nie miejmy złudzeń. Czy PiS utopi Polaków w długach, czy wypowie wojnę na kilku frontach, to wyborcy Kaczyńskiego uznają to za słuszne działanie. Widocznie tak musiało być. Nie przeszkadza im, że bliskim współpracownikiem prezesa jest były prokurator oskarżający opozycję w PRL. Te 25 – 27%, to pewniaki. Dlatego PiS podczas wyborów ma jedynie dwie strategie: ocieplić wizerunek prezesa i partii, schować osoby budzące kontrowersje przed mediami (Macierewicz, Pawłowicz). To jest strategia wycelowana w „wędrowny” elektorat między PiS a PO. W ostatnich wyborach zastosowano jeszcze „pakiet socjalny”. Należy pamiętać, że wyborcy PiS to około 4 mln, spośród 31 mln Polek i Polaków uprawnionych do głosowania. Jeśli głosować idzie zaledwie, przy dobrych wiatrach, 15 mln, to procentowo wynik PiS robi wrażenie, działa na wyobraźnię. Dlatego tak często pada, że - „większość Polaków wybrała nas w demokratycznych wyborach”, co oczywiście nie jest prawdą. Proszę zwrócić uwagę, że w miejscach, regionach, które są nazywane często „bastionami PiS”, jest podczas wyborów parlamentarnych po prostu niższa frekwencja, niż ta ogólnokrajowa. To część wschodnia Polski. Tam, gdzie jest niskie poparcie, przysłane są pisowskie lokomotywy wyborcze. W wyborach samorządowych PiS zostaje w tyle, ponieważ silniejsze struktury w regionach ma PO i PSL. Nie słyszymy – baron PiS w Małopolsce, w Łódzkiem czy na Podkarpaciu. Partia Kaczyńskiego jest najbardziej scentralizowaną i wodzowską strukturą polityczną w kraju. Tak jak kiedyś PZPR.
Po ostatnich wyborach parlamentarnych i prezydenckich, które były swoistym festiwalem populistycznych obietnic i licytacją – kto da więcej, wyborca stanie się ostrożniejszy. Polityk będzie musiał przestawić ofertę wiarygodną, bo „ciemny lud” już będzie wybredny. Kandydat będzie musiał ubić deal z wyborcą. Tym „sprzedawcom” z PiS będzie już trudniej wzbić się ponad 27%. A jeśli Kaczyński straci jeszcze poparcie o. Rydzyka, to tendencja spadkowa w sondażach jest murowana. Wiadomo, że ojciec dyrektor jest nie tylko duchownym, ale też biznesmenem i politykiem w jednej osobie, więc jeśli nie będzie widział interesu, a tylko przegranych, to może odwrócić się na pięcie, głosząc, jak to było dwa miesiące temu, że PiS jest prawicą laicką, nieprawdziwą, "wieszającą się na Kościele" na czas wyborów. Szybko jednak doszło do porozumienia. I to bynajmniej nie dlatego, że prezes się wyspowiadał.
Obecnie mamy jeszcze bardziej zarysowany, wyraźny podział na MY i ONI, czyli PiS i reszta Polaków. Protesty pokazują, że Polacy potrafią się jednak zmobilizować. I mam nadzieję, że nabierzemy zwyczaju głosowania. Bo paradoksalnie siłę prezesowi i PiS dają Polacy, którzy nie głosują. Przy nawet 62% „twardy elektorat” PiS mięknie. Najgorsze jest myślenie, że jeśli nie pójdę do lokalu wyborczego, to nic się nie stanie. Co tam jeden głos. Otóż liczy się każda karta. I to mają wpojone wyborcy Kaczyńskiego, stawiając „X” przy „jedynkach” na listach. Prezes PiS zawsze namawia podczas wieców do głosowania. Przypomina swojemu elektoratowi o tym obowiązku. I ja przypominam Wam. Tak na zaś. W razie czego. Siłę PiS dają Polacy, którzy nie głosują i tę siłę mogą odebrać Kaczyńskiemu, idąc do urn.