
Citroen w swojej historii stworzył wiele aut, które nawet przy najlepszych chęciach trudno uznać za piękne. Równie trudno uwierzyć, że w tworzeniu szkaradztw w rodzaju Ami 6 czy Ami 8 brali udział tacy geniusze estetyki, jak Flaminio Bertoni i Robert Opron. Przez wiele ostatnich lat marka koncernu PSA produkowała z kolei samochody tak anonimowe, że ich wcale nie pamiętam.
Od razu muszę zadeklarować, że uwielbiam pokraczne Citroeny. Mam dla nich ciepły kącik w sercu, jednym z pierwszych samochodów, którymi samodzielnie jeździłem był bowiem 2CV i wszystkie jego pochodne to dla mnie arcydzieła. Zasłonięte tylne koła, ostre podcięcia elementów nadwozia i zarazem technika prosta jak młotek z gwoździem to dla mnie kwintesencja "citroenowatości". Spodziewam się, że ludzie, którzy nie podzielają moich poglądów, nie zgodzą się ze mną w sprawie samochodu C4 Cactus. Ale trudno. Zgadzać się nie muszą.
To jest samochód zwykły i dziwaczny zarazem, tak jak wspomniane dawne Citroeny. Ami, Dyane, Mehari... Jest dziwny inaczej, w inny sposób, częściowo podyktowany dzisiejszymi normami homologacyjnymi, ale dziwny. Zwykły, bo zamiast udawać jakąś absurdalną "sportowość" jest po prostu przyjaznym ludziom, pojemnym, praktycznym wozem. Fotele są szersze niż przywykliśmy dziś, więc nawet taki grubas jak ja czuje się komfortowo. Widoczność dobra, schowki ogromne, a wielkie wyświetlacze zadowolą nawet osoby z największą nieskorygowaną wadą wzroku.
Umyślne nawiązania do wymienionych już szpetnych Citroenów, a także do utylitarnego modelu HY to jedna strona medalu, druga to prosta, neizawodna technika, pozwalająca na żwawą, ale zrelaksowaną jazdę. Za kierownicą Cactusa nie czułem się zmuszony do rywalizowania z absolutnie nikim, pozwalając światu pędzić naprzód w jego własnym tempie. I o to chodzi. Dodatki w stylu elastycznych odbojów Airbump to tylko dodatki. Całość działa na mnie tak uspokajająco, jak kiedyś jazda 2CV w kolorze Bleu Lagune. To dobry znak na przyszłość.
