BERLIN – Początek tego roku nie zapowiadał żadnych nadzwyczajnych wydarzeń. Ale już wkrótce potem spadek cen akcji w Chinach zdestabilizował światowy rynek. Wschodzące gospodarki utknęły w martwym punkcie. Spadek cen ropy naftowej zepchnął jej producentów na skraj kryzysu. Korea Północna przeprowadziła wybuch jądrowy, będący klasyczną demonstracją siły. Kryzys związany z falą uchodźców w Europie podsyca falę nacjonalizmu i tendencje odśrodkowe Unii. Jeśli dodamy do tego neoimperialne działania Rosji i groźby terrorystów islamskich, do pełnego obrazu zwiastunów końca świata będzie brakowało już tylko komety.
Gdziekolwiek spojrzymy – narasta chaos. Zanika międzynarodowy porządek, ukształtowany po ciężkich doświadczeniach XX wieku, a na jego miejsce nie pojawia się nic nowego.
Nie powinno być problemem zdefiniowanie wyzwań, przed którymi staniemy: globalizacji, cyfryzacji, zmian klimatycznych i tak dalej. Znacznie trudniej będzie określić okoliczności, w jakich przyjdzie nam stawić im czoła. Nie wiemy, jakie struktury polityczne, z czyjej inicjatywy i na jakich warunkach będą negocjowały warunki ewentualnych porozumień w tych sprawach lub w przypadku fiaska – podejmą walkę o ich realizację.
Porządek ekonomiczny i polityczny w skali światowej nigdy dotąd nie był wynikiem międzynarodowego porozumienia czy nawet niekwestionowanych roszczeń najmocniejszego państwa. Kształtował się zawsze w wyniku długiej, okrutnej i krwawej walki między militarnymi lub ekonomicznymi potęgami. Każdy nowy światowy układ był konsekwencją jakiegoś konfliktu.
Po II wojnie światowy porządek opierał się na globalnej dominacji Stanów Zjednoczonych. Jako jedyne naprawdę liczące się mocarstwo dyktowały warunki nie tylko w dziedzinie siły militarnej, ekonomiki i finansów, lecz również w większości znaczących nieinwazyjnych dziedzin, jak kultura, język, masowa komunikacja, technologia czy moda.
Ten powojenny układ, określany jako Pax Americana i zapewniający światową stabilizację, zaczyna jednak słabnąć. Widać to szczególnie wyraźnie na Bliskim Wschodzie i na Półwyspie Koreańskim. Stany Zjednoczone pozostają największą światową siłą. Nie chcą jednak dłużej odgrywać roli policjanta narodów czy ponosić kolejnych ofiar, niezbędnych w celu zachowania dotychczasowego porządku. We współczesnym globalizującym się świecie, jednoczonym dzięki środkom masowego przekazu, technologii, a ostatnio również dzięki ruchom społecznym, wielkie ośrodki decyzyjne tracą swe znaczenie albo ulegają rozproszeniu. Naturalną koleją rzeczy normy i wartości utrwalone w XX wieku stopniowo się zacierają.
Ale choć nowy światowy porządek puka już do naszych bram, jego podstawy wciąż pozostają mgliste. Wariant chińskiej dominacji wydaje się mało prawdopodobny. To państwo jest zbyt zaabsorbowane własnymi problemami. Skupione na wewnętrznej stabilizacji i budowie dobrobytu ograniczy się zapewne do kontrolowania bezpośredniego sąsiedztwa i okolicznych mórz. Ponadto Państwu Środka brak tak zwanej miękkiej siły w każdej z dziedzin, wymienianych przed chwilą przy okazji dominacji amerykańskiej.
Nie wydaje się też, by obecne niespokojne czasy zakończyły się przyjęciem nowego Pax Americana. Mimo niewątpliwej dominacji technologicznej Ameryki opór regionalnych sił w zapalnych miejscach świata, a także lokalnych koalicji, może się okazać zbyt silny.
Tak naprawdę największym wyzwaniem nadchodzących kilku, kilkunastu lat może się więc okazać rozsądne sterowanie światem przy wciąż malejącym wpływie Ameryki. Nikt nie opracował programu dla mocarstwa wycofującego się z gry. Znamy mnóstwo sytuacji, gdy silnego hegemona zastępował jeszcze silniejszy zwycięzca. Ale dobrowolne oddanie światowych wpływów doprowadzi do powstania politycznej próżni. To zaś zdestabilizuje cały dotychczasowy system. Wiele wskazuje na to, że nadzorowanie wycofania się Ameryki ze światowej dominacji będzie najważniejszym zadaniem następcy Baracka Obamy, niezależnie od tego, komu przypadnie ta rola.
Równie poważne konsekwencje poniesie Europa. Czy koniec Pax Americana, który przez siedem dziesięcioleci zapewniał pokój i demokrację na tym kontynencie, doprowadzi do eskalacji kryzysu lub nie daj Boże do konfliktu? Gwałtowny rozwój ruchów nacjonalistycznych zwiększa prawdopodobieństwo takiego właśnie przerażającego scenariusza.
Ponura perspektywa samobójstwa Starego Kontynentu jest dziś znacznie bardziej prawdopodobna niż jeszcze parę lat temu. Co się stanie, gdy niemiecka kanclerz Angela Merkel straci zajmowane stanowisko na skutek prowadzonej przez siebie polityki? Albo jeśli Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej? Albo gdy władzę we Francji przejmie populistyczna Marine Le Pen? Upadek w otchłań to najgorszy przebieg wydarzeń, którego niestety nie możemy wykluczyć.
Znamy oczywiście wiele sposobów zapobiegania samobójstwom. Musimy jednak zdawać sobie sprawę, że ci, którzy radośnie przyczyniają się do zachwiania pozycji Angeli Merkel, kwestionują europejskość Wielkiej Brytanii czy francuskie wartości znane jeszcze z epoki oświecenia, skutecznie podcinają gałąź, na której wszyscy siedzimy.
Joschka Fischer, minister spraw zagranicznych i wicekanclerz Niemiec w latach 1998-2005. Odegrał kluczową rolę w utworzeniu niemieckiej Partii Zielonych, na której czele stał przez blisko dwadzieścia lat.
