Amerykanie to konserwatyści? Może kiedyś. Ale teraz to już historia. W miniony czwartek wieczorem odbyła się kolejna z serii amerykańskich debat przedwyborczych. Polskie media o niej nie wspomniały, pewnie dlatego, że tym razem wśród dyskutantów zabrakło Donalda Trumpa i innych osobliwych postaci , których pełno teraz po prawej stronie tutejszej sceny politycznej. Była to bowiem debata Demokratów.

REKLAMA

Tymczasem debaty Osłów (osioł to symbol Demokratów) nie cieszą się w świecie ani w połowie takim medialnym wzięciem, jak dyskusje Słoni ( Republikanie). Całkiem niezasłużenie, choć w składzie porcelany, jakim jest współczesna Ameryka, Słonie robiły dotąd zdecydowanie więcej hałasu. To jednak już nieaktualne. Teraz porcelanę głośniej tłuką Demokraci.

Co tam deportacja 11 milionów nielegalnych imigrantów, przy perspektywie bezpłatnej służby zdrowia! Albo zakaz wjazdu dla muzułmanów (tym bardziej, że tylko czasowy) wobec deklaracji opodatkowania Wall Street. A przecież to i tak tylko część tych wszystkich plag egipskich, jakie mogłyby spaść na Amerykę za sprawą Berniego Sandersa. Bo Bernie grozi, że jak tylko zasiądzie w Białym Domu, to od razu podniesie podatki dla wielkiego biznesu, ograniczy moratorium na wydatki z budżetu, zreformuje banki (wydzielając osobną kategorię banków inwestycyjnych), podniesie minimalne stawki wynagrodzenia do 15 dolarów za godzinę oraz rozszerzy pakiet obowiązkowych świadczeń pracowniczych o płatne zwolnienia lekarskie, urlopy macierzyńskie i – o zgrozo – także wypoczynkowe. No i zniesie opłaty za studia.

Ratuj się kto może.

W Europie, a zwłaszcza w Polsce, rewolucyjny wymiar tych deklaracji można łatwo przeoczyć. Bo to wszystko są przecież standardy współczesnego państwa. Ale dla przeciętnego amerykańskiego konserwatysty to wszystko to zapowiedź apokalipsy. Bo wprowadzenie w życie choćby części tych z gruntu „ lewackich” postulatów naruszałoby nie tylko relacje społeczne Ameryki, ale godziłoby też w wyznawany tu przez przynajmniej połowę obywateli system wartości.

Płatne zwolnienie chorobowe? W Stanach nie ma płatnych zwolnień ( chyba że ktoś ma to zapisane w kontrakcie, ale dotyczy to wyłącznie szczebli menadżerskich). Amerykanin od urodzenia wie, że w jego kraju choruje się edukuje, mieszka, żyje i wychowuje dzieci na własny rachunek.

To nie Szwecja, ale do tej pory nikt na te wilcze zasady szczególnie nie narzekał, bo zamiast gwarantowanych świadczeń społecznych Amerykanie mieli dotąd swój American Dream.

Ale teraz – ku zdumieniu konserwatystów, Ameryka właśnie skręca w lewo.

Amerykanie masowo budzą się ze swojego niespełnionego snu. Aż dziwne zresztą, że dopiero teraz, bo większość obywateli wyraźnie przespała moment, gdy jeden procent cierpiących na chroniczną bezsenność urządził im państwo w taki sposób, że rozwarstwienie finansowe jest teraz w USA jedno z najwyższych na świecie, a ścieżki awansu, kiedyś prowadzące od pucybuta do milionera, już dawno temu zostały zamknięte. Może nie na głucho, ale kto teraz zaczyna karierę od pucybuta, prawie na pewno zostanie pucybutem do emerytury. Taka sytuacja.

Trwa ona zresztą nie od dzisiaj, ale uświadomienie sobie tego zabrało Amerykanom sporo czasu. Przekonanie, że każdy jest kowalem swojego losu wciąż jest tu wciąż bardzo silne, choć w dobie globalizacji, korporacjonizmu i zalegalizowanej korupcji politycznej (wielki biznes oficjalnie finansuje tu kampanie wyborcze swoich kandydatów w zamian za przywileje ustawowe po wyborach), świadczy to o wyjątkowej naiwności.

Ostatni kryzys odsłonił fundamenty mechanizmów, które pozwoliły pozbawić dachu nad głową miliony zwykłych ludzi wpuszczonych w niespłacalne kredyty przez banki, podczas gdy te same banki ratowano przed upadkiem pieniędzmi z budżetu. Trudno nie zauważyć, że świat zdecydowanie zmienił się od lat pięćdziesiątych minionego stulecia, a wraz z nim zmieniły się też reguły gry. Wprawdzie mniej więcej połowa Amerykanów ciągle śni, że któregoś dnia, jeśli tylko bardzo się postara, dołączy do „jednego procenta” finansowych elit. Ale druga połowa coraz wyraźniej widzi, jak to mało realne. Więc chętnie zamieni milion kiedyś na płatne zwolnienia, urlopy i pięćset (tysięcy) dolarów na dziecko już teraz. Na razie tylko na studiujące, ale zawsze.

Tyle tylko, że to, co w Polsce jest słuszną i prorozwojową polityką społeczną, inwestycją w kapitał ludzki i warunkiem zrównoważonego rozwoju, w Ameryce ciągle jeszcze jest „lewactwem”. A przynajmniej tak to widzi i tak ocenia elektorat republikański.

Ze statystyk preferencji politycznych ( niedawno tego typu badania opublikowała uchodząca za obiektywną organizacja Pew Research), wynika, że takich „ społecznych „lewaków” jest jednak w Stanach coraz więcej, i że ich liczebnośc przekroczyła ze sporym marginesem „twardy” elektorat republikański. Na Demokratów chętniej głosują kobiety, mniejszości (wcale nie takie małe) oraz inteligencja, zwłaszcza ta z obu Wybrzeży. A także – uwaga – młodzież. Zdaje się, że młodzi Amerykanie są w tych swoich preferencjach podobni do młodych Polaków. Też popierają programy socjalne. Tyle tylko, że tutejsze dwudziestolatki są – w przeciwieństwie do nadwiślańskich – liberalne także obyczajowo (choć nie zawsze światopoglądowo).

Republikanów, tradycyjnie już , ciągle najbardziej wspiera w wyborach Pas Biblijny. Głosują na nich zwłaszcza mormoni oaz ewangelikanie (czyli duchowe siostry i bracia Państwa Terlikowskich), a także osoby starszych roczników, słabiej wykształcone, z małych prowincjonalnych miasteczek interioru. Ale elektorat republikański wyraźnie się kurczy.

Bernie Sanders opowiada więc te swoje „ androny” świadom, że na ich spełnienie niecierpliwie czeka więcej niż pół Ameryki.

Więcej niż połowa uprawnionych do głosowania w wyborach prezydenckich jest liberalna również w kwestiach obyczajowych i etycznych, choć wynika t nie tyle ze światopoglądu, co z przysłowiowego amerykańskiego pragmatyzmu. Małżeństwa jednopłciowe? A niby dlaczego nie? Komu to przeszkadza? Powszechna dostępność antykoncepcji? Jak najbardziej. Lepiej zapobiegać niż „leczyć”, co do znudzenia powtarzają organizacje Pro-Chioce spierające się ze zwolennikami zakazu aborcji.

W Stanach bowiem wiara religijna nie miesza się raczej z codziennym życiem, więc tego typu dylematy zwykłym ludziom wydają się wydumane i bez sensu. Oczywiście nie wszędzie podchodzi się do tych kwestii równie beznamiętnie, bo co innego New Hampshire, a co innego rolnicza, religijna Iowa. Niemniej, w ogólnym rachunku w ciągu ostatnich dekad Stany, pomimo że większość ich mieszkańców deklaruje religijność, również w sferze tak zwanych „ wartości” stają się coraz bardziej „lewackie”, choć z punktu widzenia mentalności zachodnioeuropejskiej to nie „lewactwo” a – zwyczajnie - normalność.

No a poza tym to Demokraci obiecują po pięćset (tysięcy) dolarów na studiujące dziecko. Więc wielce prawdopodobne, że kolejnym prezydentem USA będzie wcale nie Marco Rubio, tylko Hillary Clinton. Bo owszem, Sandersa popiera wprawdzie aż 85 procent młodych wyborców demokratów którzy chcą „rozwalić system”. Ale z drugiej strony wszyscy wiedzą, że nawet jeśli Bernie wygra prawybory w New Hampshire, to w tym momencie dla całych Stanów jeszcze jest „niewybieralny”. Bo owszem, Ameryka skręciła w lewo. Ale wciąż przecież nie na tyle ostro, żeby oddać Biały Dom „lewakom”.