Czy to zbieg okoliczności, że właśnie teraz, że znowu za rządów Prawa i Sprawiedliwości, wraca temat teczek, haków, niszczenia ludzi o niezwykłej historii i wielkich zasługach?

REKLAMA

Nie ma tu miejsca na przypadek. To realizacja marzenia prezesa Kaczyńskiego, wyrażanego już wiele lat wcześniej, o stworzeniu „prawdziwej” legendy Solidarności. Tą legendą o „heroicznych” losach mieliby być oczywiście bracia Kaczyńscy.

A gdy brakuje autentycznego heroizmu – jak w życiorysie prezesa Kaczyńskiego – jedyne co można, to zdyskredytować autorytet, który stoi na drodze osobistych ambicji. Gdy nie ma już szans na budowę mitu założycielskiego „państwa PiS” w oparciu o życiorys jego przywódcy, trzeba się uciekać do innych metod. I nie mają tu znaczenia koszty. Nie ma miejsca na wahanie nawet wtedy, gdy działania dyskredytują człowieka, któremu tyle zawdzięczamy. Nie ma znaczenia dalszy podział Polaków i niszczenie dobrej opinii o Polsce w świecie. W takich chwilach warto pamiętać biblijne przesłanie: „wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść.”

Z tym właśnie mamy do czynienia w przypadku „akt Kiszczaka”, które wypłynęły w ostatnich dniach - z grą teczkami, z wyścigiem na pomówienia i oszczerstwa. Tym bardziej niegodziwymi, że pewnie nigdy się nie dowiemy, co w tych materiałach tak naprawdę jest. W ślad za nimi Telewizja Polska emituje kilkugodzinne materiały z 1989 r., z których wprawdzie nie wynika nic, czego byśmy nie wiedzieli, ale sprzężenie ich z „odkryciem” IPN-u ma spotęgować wrażenie sytuacji wyjątkowej.

I po co to wszystko? Po to, by zaspokoić wybujałe ambicje jednego człowieka o przeciętnym życiorysie, który nie spocznie nim nie zniszczy prawdziwej legendy pierwszej Solidarności. Wierzę, że mu się to nie uda, tym razem „ciemny lud” tego nie kupi.