Prawybory w Nevadzie nie przyniosły – w zasadzie – żadnych niespodzianek. Może poza jedną. Z wyścigu o nominację GOP-u wycofał się niedawny faworyt, który oprócz najwyższego budżetu miał na starcie największe poparcie republikańskich elit – Jeb Bush.
Po kolejnej, trzeciej już prawyborczej porażce Jeb nareszcie zrozumiał to, co dla większości racjonalnie myślących Amerykanów było oczywiste od początku kampanii. Otóż do czasu, póki nie wymrą ostatni Amerykanie pamiętający prezydenturę George’a W. Juniora, żadnemu Bushowi raczej nie uda się zasiąść w Białym Domu. Republikanie w ogóle będą mieć z tym zresztą spory problem.
Wprawdzie w Stanach, przynajmniej oficjalnie, nie stosuje się odpowiedzialności zbiorowej, ale elektorat wie swoje. Tym bardziej, że Jeb, niezależnie od tego, że nazywa się, jak się nazywa, osobiście przyczynił się do wyboru George’a Dablju. Jako gubernator Florydy najpierw majstrował bowiem przy spisach wyborców , a potem przy liczeniu głosów. Demokraci nigdy nie zapomną Jebowi, że nie do końca czystymi metodami odsunął w ten sposób od prezydentury rzeczywistego (biorąc pod uwagę liczbę oddanych głosów) zwycięzcę tamtych wyborów – Ala Gore’a.
Czy Gore byłby lepszy od George’a Busha nie wiadomo. Wiadomo za to, że „Dablju” od lat prowadzi w nieoficjalnym rankingu na Najgorszego Prezydenta Ameryki. Wprawdzie w ubiegłym roku wyprzedził go na tej liście Barack Obama, ale wynik urzędującego prezydenta nie jest brany pod uwagę, bo głosującym brakuje perspektywy historycznej.
Historycy natomiast, nie mają w tej kwestii żadnych wątpliwości. W badaniu HNN już w 2008 roku aż 61 procent z nich wskazało właśnie na Busha Juniora jako The Worst American President Ever.
Fachowcy wyliczają pięć najważniejszych powodów, dla których Młody Bush „fatalnym prezydentem był”.
Pierwszym z nich było wplątanie Ameryki w dwie bezsensowne, okupione tysiącami ofiar i miliardami dolarów z budżetu awantury wojenne. W teorii miała to być krucjata przeciw – jak to ujmował Junior – Silom Zła, reprezentowanym przez terroryzm islamski. W imię owej misji – skądinąd motywowanej nie tyle politycznie co jak każda tradycyjna krucjata, czyli religijnie – prezydent posunął się nawet do publicznego kłamstwa o broni chemicznej w Iraku. Czy wierzył, że kłamie w dobrej sprawie, a wielki cel uświęci podłe środki? Może i wierzył, ale w praktyce te jego wojenki „w imię Boga” posłużyły jak najbardziej doczesnym interesom kolegów Juniora . Najwięcej – co oczywiste – zarobili producenci i handlarze bronią oraz „nafciarze”. W tym rodzina Bushów. Ubocznym efektem amerykańskiej rozróby w Afganistanie i Iraku było wyszkolenie i uzbrojenie ISIS . No i utrata reputacji Ameryki na świecie.
O ile pokój na Bliskim Wschodzie był pierwszą ofiarą wojny George’a „Dablju” z Siłami Zła, to kolejną okazała się amerykańska gospodarka. W konsekwencji doszło w Stanach do kryzysu porównywalnego w skali i skutkach tylko z Wielką Depresją z ubiegłego stulecia. Po Clintonie Bush odziedziczył pokaźną nadwyżkę budżetową w wysokości 1,9 biliona dolarów. (tak, chodzi o tryliony). Bill zostawił też po swoich rządach wyjątkowo niskie bezrobocie (4,2 procent), 22 miliony nowych miejsc pracy oraz postępujący proces wyrównywania poziomu życia obywateli.
Kiedy Dablju odchodził, zamiast nadwyżki w państwowej kasie było 1, 2 biliona deficytu. Wbrew pozorom, ta kasa wcale nie poszła na wojnę. Aż 1,5 biliona ubyło z konta z powodu cięć podatkowych dla najbogatszych. Nierówności w poziomie dochodów obywateli znów poszybowały zatem pod niebiosa, osiągając pułap wyższy, niż historyczny rekord, który padł za Harry’ego Trumana, w roku – bagatela – 1917. Dzięki temu kumple Georga mają już w kieszeni połowę całego majątku Ameryki.
Było jednak i coś, co za administracji Busha urosło dwukrotnie. Bezrobocie, mianowicie, które skoczyło do 7, 7 procenta, czemu trudno się dziwić, skoro za rządów Juniora powstało zaledwie nieco ponad milion nowych miejsc pracy.
Przy okazji doszło też do przekształcenia Ameryki w państwo policyjne, czemu posłużył niesławny Patriot Act. Czym motywowała tę karygodną ustawę administracja Busha? Misją, oczywiście. Oficjalnie chodziło o bezpieczeństwo obywateli. Nie było mowy, że za cenę wolności. Koszty poniesiono. Bezpieczeństwo od tego nie wzrosło. Bush wyrządził też wiele szkód w dziedzinie klimatu. I to bynajmniej nie tylko dlatego, że jedną ze swoich pierwszych decyzji na urzędzie prezydenta zanegował Protokół z Kioto i uporczywie zwalczał „hipotezę” globalnego ocieplenia. Przez swój konserwatyzm popsuł też bowiem Junior klimat społeczny Ameryki, próbując narzucić obywatelom swoje osobiste przekonania i „wartości”. Przez jego prywatne obsesje ograniczone zostały – na przykład – badania nad medycznym wykorzystaniem komórek macierzystych, obcięte fundusze pomocowe dla ofiar przemocy domowej i zniesione dofinansowanie dla środków antykoncepcyjnych. Bush popierał dyskryminację prawną osób nieheteroseksualnych. Systematycznie ograniczał wszelkie formy pomocy społecznej finansowane z budżetu.
Dość powiedzieć, że za jego prezydentury o 700 mln obcięto fundusze federalne na remonty domów komunalnych, aż o 86 procent zredukowano środki na pomoc medyczną dla nieubezpieczonych i złożono propozycję likwidacji programu „Czytanie to podstawa”, zwalczającego analfabetyzm, który ciągle dotyczy ponad 4 milionów Amerykanów (nie licząc tych, co w torii czytać umieją, ale i tak niczego nie czytają).
Czego nie popsuł osobiście, czynił to poprzez „swoich ludzi” poumieszczanych na istotnych stanowiskach państwowych, w czym konsekwentnie kierował się „zasadą braku kompetencji”. W ten sposób Kay Cole James, przeciwnik równouprawnienia, został szefem rządowego Biura Zarządzania Zasobami Ludzkimi. Na wakujące stanowiska sędziów federalnych powołani zaś zostali krytyk rozdziału kościołów od państwa, Michael McConnell oraz przeciwnik praw obywatelskich , Terrence Boyle.
Najlepszym przykładem tego rodzaju polityki kadrowej może być nominacja na stanowisko podsekretarza stanu do spraw zbrojeń i bezpieczeństwa międzynarodowego. Został nim John Bolton, przeciwnik układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej oraz „osobisty wróg” ONZ.
Junior zapobiegliwie dbał za to o najbogatszych, ale też o sobie i bliskich (nie bez powodu zawsze podkreślał wagę relacji rodzinnych). Za jego kadencji poważnie ograniczono działanie ustaw chroniących środowisko (bo przeszkadzają nafciarzom w robieniu biznesu). To Bush wydał też zgodę na sprzedaż terenów pod budowę gazociągów w rezerwacie przyrody na Alasce.
W trosce o pomyślność branży paliwowej ograniczył też fundusze na badania nad alternatywnymi źródłami energii oraz nad technologiami redukującymi jej zużycie.
Prezydentura Dablju cofnęła więc Amerykę w rozwoju gospodarczym i społecznym, przy okazji komplikując też sytuację na świecie (wojny, kryzys finansowy).
I jeszcze jedno. Junior nie miał poważania u Amerykanów, ponieważ uchodził powszechnie za osobę o – nazwijmy to – skromnym wyposażeniu intelektualnym. Jego liczne wypowiedzi, kuriozalne tak pod względem treści jak i formy (notorycznie popełniał poważne błędy językowe), doczekały się osobnych publikacji. Wydawcy do dzisiaj zarabiają na wznowieniach kolejnych tomów tak zwanych „buszyzmów”, synonimu „idiotyzmów”.
Niewielu chętnych pisałoby się w twej chwili na powtórkę z takiej „rozrywki”, choć problemy z gramatyką to akurat najmniej istotny z powodów, dla których Bush Junior Najgorszym Prezydentem Był, w co aktualnie wierzy ponad połowa obywateli USA.
W tej sytuacji, to nawet i bez Trumpa Jeb i tak nie miałby nikłe szanse, żeby zostać kolejnym Bushem w Białym Domu. Bo Amerykanie owszem, dają zwykle politykom drugą szansę. Ale nigdy trzecią…
