W czwartek amerykańska Polonia stała się mimowolną bohaterką republikańskiej debaty wyborczej. Marco Rubio publicznie zarzucił Donaldowi Trumpowi, że ten rozgrywa na swoją korzyść nastroje antyimigranckie i strasząc deportacją 12 milionów „nielegalnych”, tymczasem sam dorobił się majątku na zatrudnianiu i finansowym wykorzystywaniu nieudokumentowanych robotników. Głównie… Polaków.

REKLAMA

Publiczności przysłuchującej się debacie oskarżenie mogło się wydać typową brudną zagrywką przedwyborczą, ale Marco Rubio miał rację.

Developer rzeczywiście zatrudniał „nielegalnych” Polaków (choć nie tylko ich) na swoich budowach i naprawdę miał z tego powodu ogromne kłopoty, a ugoda zawarta po trwającym bez mała 16 lat procesie kosztowała go majątek. Wprawdzie to wszystko było dawno, bo już 35 lat temu, ale to ciągle prawda.

Ostatnio, w lipcu zeszłego roku, przypomniał o „aferze” dziennik „The Washington Post”.

Poszło o prace rozbiórkowe na terenie, na którym stoi dzisiaj przy Piątej wizytówka Donalda – Trump Tower. Do usunięcia z terenu budowy starego budynku Bonwit Teller firma Trumpa zatrudniła liczącą niemal 200 osób „polską brygadę”, który to zespół relacjonujące „aferę” gazety z upodobaniem określały jako „małą armię nielegalnych imigrantów”.

Większość zatrudnionych pracowała za mniej więcej połowę minimalnych stawek oficjalnych, a nawet za jeszcze mniej, bo firma płaciła im po 5 dol. za godzinę. Za rozbiórki – jeden z najbardziej niebezpiecznych frontów robót budowlanych! Zmiany trwały po 12 godzin, bez prawa do nadgodzin. I – oczywiście – były to umowy „śmieciowe”, bez kontraktu, a więc nieoskładkowane, bez ubezpieczenia i bez przywilejów pracowniczych.

Mało tego – w trakcie procesu, który z powodu łamania prawa pracy (a tak naprawdę nieuczciwej konkurencji) wytoczyła Trumpowi House Wreckers Union (związki zawodowe zrzeszające pracowników zatrudnianych przy rozbiórkach), wyszło także na jaw, że polskich robotników jeszcze oszukiwano „na kasie” i że niektórzy z nich w ogóle nie otrzymali wynagrodzenia za pracę u Trumpa.

Część poszkodowanych zeznawała potem nawet na procesie, choć zdecydowało się na to zaledwie 16 osób spośród 200 osobowej załogi. Zapewne przyczyniła się do tego okoliczność, że świadkowie byli zastraszani, czego także dowiedziono w trakcie rozprawy. Zastraszano również prawnika Związków. Na szczęście dla poszkodowanych – nieskutecznie.

Przedsiębiorca zasłaniał się w sądzie niewiedzą co do statusu imigracyjnego pracowników kontraktowych, co było prawdopodobne, bo za nabór kadr w większości firm developerskich odpowiada sztab podwykonawców. Tyle tylko, że w trakcie rozprawy wyszło na jaw, że niektórzy poszkodowani polscy robotnicy sami zgłaszali się do Trumpa po wyrównanie zaległych wypłat i rozmawiali z nim twarzą w twarz. Tego jednak Donald również „nie mógł sobie przypomnieć” przed sądem. Może to zresztą prawda. Codziennie rozmawia z dziesiątkami ludzi. Prawdopodobne też, że naszym chłopakom tylko zdawało, się, że konwersują z szefem po angielsku, tym bardziej, że na budowach Manhattanu oficjalnym językiem do dzisiaj jest polski.

Także w tej chwili staropolskie, soczyste k..y latają pod nowojorskim niebem gęściej, niż jaskółki i słychać je z niemal każdego rusztowania. A buduje się sporo. Więc turysta z Polski chwilami czuje się tu, jakby nigdy nie opuszczał rodzinnego kraju.

Tyle, że teraz nasi budowlańcy wszyscy (no, prawie) należą do Unii, nie wchodzą na rusztowanie za mniej niż 25 dol. na godzinę ( plus pakiet socjalny) i gdyby tylko złapali Trumpa na zatrudnianiu nielegalnych, sami powlekliby go do najbliższego sądu.

Harry Diduck, który zrobił to przed 35 lat też postąpił tak w trosce o prawa legalnie zatrudnionych. Wprawdzie oskarżenie było prywatne, ale Diduck nie spodziewał się po procesie żadnych korzyści osobistych. Chodziło mu wyłącznie o „psucie rynku pracy”, jakiego – jego zdaniem – dopuścił się Trump. W tym sensie, że „nielegalni” przyjeżdżają, a potem godzą się na głodowe stawki „odbierają’ pracę płacącym podatki Amerykanom.

Dziś polscy budowlańcy stoją więc na tych samych pozycjach, na których kiedyś stali związkowcy, oskarżający Trumpa o działanie na szkodę Ameryki. Bo w sumie tamten proces był właśnie o to. Sam Trump napisał w swoim „manifeście wyborczym” (bo tak należy chyba traktować publikację z 2011 – „Time to Get Tough: Making America Number One Again” ), że zatrudnianie „nielegalnych” godzi w interesy amerykańskich podatników i – tym samym – Stanów Zjednoczonych.

Proces, który w 19 lat po wniesieniu pozwu zakończył się ugodą i wypłaceniem przez Donalda ciężkich milionów kar i odszkodowań, być może wart był jednak poświęconego mu przez Trumpa czasu i pieniędzy.

To waśnie wtedy dowiedział się bowiem, co o nielegalnej imigracji (oraz imigracji w ogóle) myślą zwyczajni Amerykanie. I że – nawet jeśli sami byli kiedyś „nielegalni” – nie myślą najlepiej. Tak daje o sobie znać opisany po wielokroć przez psychologię efekt „oblężonej twierdzy”. Więc nawet jeśli płacił grosze lub nie płacił wcale, a nawet straszył polskich pracowników deportacją, to Polonia i tak zagłosuje pewnie na Donalda Trumpa.

Bo nic to, że – wbrew deklaracjom – miliarder z charakterystyczną fryzurą jest na bakier z kościołem i chrześcijańskimi „wartościami”, że często zmienia poglądy, w związku z czym nie wiadomo, co tak naprawdę myśli i jakie są jego rzeczywiste zamiary polityczne, że publicznie obraża kobiety i że w przeszłości nie płacił polskim budowlańcom nadgodzin na budowie Trump Tower.

Teraz wszystkie jego winy związane z „aferą budowlaną” sprzed 35 lat zostały przez Polonię puszczone w niepamięć, bo The Donald, jako jedyny, obiecuje dokonać czegoś, na co nie poważyłby się żaden inny współczesny amerykański polityk, a czego bardzo chcieliby mieszkający w Stanach nasi Rodacy. Pragnie skończyć z nielegalną imigracją. Tymczasem w tej sprawie w Ameryce, i pewnie nie tylko w Ameryce, punkt widzenia zależy nie tyle od pochodzenia, co od koloru okładki w paszporcie.