
O cichych bohaterach polskich przemian, rezygnacji z walki pokoleń i o tym, że jeśli chcemy, możemy przeprogramować świat - Piotr Głowacki, aktor teatralny i filmowy, działacz społeczny, w artykule dla Kongresu Obywatelskiego.
Kiedy ostatni raz poczułem szczęście? Pod moim domem. Jeszcze niedawno pobliskie skrzyżowanie miało fatalnie rozwiązaną sygnalizację świetlną. Pokonanie przejścia dla pieszych było, zwłaszcza dla starszych ludzi, sporym przeżyciem. Zadzwoniłem do Miejskiego Centrum Kontaktu pod numer 19115. Po jakimś czasie stanąłem przy pasach i nagle zapaliły się trzy idealnie zsynchronizowane zielone światła. Na pewno nie byłem jedynym, który zainterweniował. Poza tym ktoś musiał sprawdzić zgłoszenie, wymyślić nową procedurę dla wszystkich sygnalizatorów, przeprogramować świat. Dużo ludzi. Najzabawniejsze, że osoby, które przechodzą tędy pierwszy raz, nie wiedzą, ile w tym miejscu dobrej, wspólnej energii, która pozwala im bezpiecznie iść dalej, realizować swoje plany. To jest czas cichych bohaterów.
Czy możemy być lepsi? Już jesteśmy. Dowiedliśmy tego, realizując obietnicę zmiany, o której marzyli w młodości nasi rodzice. Dowodzimy tego nadal – swoją pracą zawodową w kraju i za granicą, w biurach i na budowach, bez opieki socjalnej, zdrowotnej, często po godzinach, bez umów o pracę, na biało, czarno i szaro, niejednokrotnie za darmo. Przede wszystkim jednak pracą nad sobą: dietą, potem wylanym na rowerach, siłowniach, bieżniach i w parkach, ograniczeniem ilości pitego alkoholu, niepaleniem w miejscach publicznych, ochroną dzieci i zwierząt przed przemocą.
Wspólną pokoleniową sprężyną, która sprawia, że pracujemy ponad miarę, aby otaczający nas świat stawał się lepszy, imamy się dziesiątków zajęć, nie umiemy albo boimy się zatrzymać – była różnica między telewizyjną legendą serwowaną nam w dzieciństwie a otaczającą nas wtedy rzeczywistością. Jesteśmy pokoleniem, któremu rodzice powtarzali: „wy nie macie żadnych autorytetów”. Jako grzeczne dzieci posłuchaliśmy i zaczęliśmy szukać ich na własną rękę, w szklanym okienku. Chłonęliśmy Niebezpieczną zatokę, Beverly Hills 90210 czy Jezioro marzeń (nawet jeśli tego nie chcieliśmy lub udawaliśmy, że to nas nie kręci), wierząc, że tak wygląda zwykłe życie zwykłych ludzi za oceanem, zza którego przyszła do nas wolność, więc i to życie kiedyś przyjdzie.
Nikt nam nie mówił, że to świat garstki wybranych, nie było programów tłumaczących, jak powstają seriale i reklamy, czym jest lokowanie produktu i jaki ma wpływ na naszą wyobraźnię i świat pragnień. Próbę odtworzenia tego mitycznego Beverly Hills widać jak na dłoni: mityczna rzeczywistość z filmów odbija się w zdjęciach wrzucanych na „fejsa”, w naszych wyremontowanych pokojach, kuchniach i łazienkach, w coraz większych samochodach, w pnących się wieżowcach korporacji, w wystroju knajp, w wyposażeniu sklepów. To samo nie przyszło – wypracowaliśmy to sami.
Dziś jesteśmy starsi, doświadczeni, bardziej świadomi. Większość zadbała o swoje własne, choć na kredyt lub wynajmowane, metry kwadratowe, dlatego wskazówka na busoli wzorów się przesuwa. Znów, jak w czasach festiwalu „Solidarności”, którego atmosferą nasiąkły nasze „skorupki”, zaczynamy bardziej przykładać uwagę do tego, co „wspólne”, bo tu jest najwięcej zachowanych różnic. Dlatego ideałem przestaje być świat Zachodu i odkrywamy, z niejakim zaskoczeniem, zalety Północy: Danii, Szwecji, Norwegii czy nie tak północnej geograficznie, ale zbliżonej w wymiarze społecznym Holandii.
Jest coś zastanawiającego w tym, że, będąc w centrum europejskiej róży wiatrów, tak rzadko korzystaliśmy z inspiracji północnych. Jesteśmy rozdzieleni morzem i brzegowo inni; kraje Północy utożsamiane są z narodami, które dobrze się czują, gdy jest dobrze; my – tak nam się wytyka – pełnię możliwości osiągamy w kryzysie. Czy nie da się tego połączyć? Nasza nieznająca granic umiejętność naśladowania pozwala czerpać inspiracje z każdego kierunku i robić wszystko lepiej, po swojemu. Spójrzmy na dania polskiej kuchni, choćby ruskie pierogi albo makaron z truskawkami. Jedliście gdzieś tak smaczne? W czasach największego kryzysu gospodarczego PRL w latach 80. to polskie fabryki produkowały meble dla najbardziej znanej skandynawskiej firmy z branży wyposażenia wnętrz.
Dlatego nie jest tak, że to kryzys nas uskrzydla. Po prostu do tej pory nie mieliśmy okazji sprawdzić się jako naród żyjący w dobrobycie. Na razie dorabiamy się jednego i drugiego – i dobrobytu, i narodu. I nie zapominajmy, że jako naród destylujemy się od niespełna 100 lat; nasi rodzice są pierwszym pokoleniem, które powszechnie umie czytać i pisać w ojczystym języku ewangelika Mikołaja Reja, a to dopiero czyni nas Polakami.
Co wyjdzie z tej destylacji? Polska, jako miejsce przesycone zmianą – pór roku, stref klimatycznych, ukształtowania terenu, notorycznymi wędrówkami ludów – determinuje niezwykłą zdolność imitacji, elastyczność i kreatywność. Żyjemy na rozstaju dróg, czyli w centrum. Nasz duch długo fermentował, a historia zadbała, żeby w krwi Polaków wymieszać geny wszystkich narodów Europy (i nie tylko). Różne były powody odwiedzin, czas i intensywność stosunków z naszymi gośćmi, z różnych też przyczyn zwiedzaliśmy świat, od słonecznego Haiti po mroźną Syberię, ale skutek jest przedni. Polska uroda i charakter.
Jesteśmy przez przyrodę przetrenowani – przez zmianę i do zmiany. Może stąd to przekonanie, że nadajemy się tylko do kryzysów? Ale zgódźmy się z tym i spójrzmy inaczej: kryzys to zapowiedź zmiany, zmiana to natura istnienia, a my jesteśmy jej mistrzami. Jeśli to zrozumiemy, nie będziemy mieli potrzeby szukania spełnienia w „dużym” kryzysie, wystarczą nam małe, codzienne wyzwania, by robić użytek z naszych doskonałych zdolności adaptacyjnych. Nasze pokolenie stara się żyć najlepiej, jak potrafi – i róbmy tak dalej, bo dobrze nam to wychodzi.
To właśnie nasze pokolenie jest cichym bohaterem skoku cywilizacyjnego Polski, tego cudownego skrawka ziemi oddanego nam pod opiekę. Cichym, gdyż nie przeczytacie o nas w podręcznikach historii, nie zobaczycie tablic pamiątkowych na budynkach banków: „Zbudowany z odsetek spłacanych w latach....”, ani: „W tym budynku korzystano z darmowej pracy stażystów w latach...”. Nikt nie przemianuje ulic, na których stoimy w korkach, w Aleje Naszych Straconych Dni; a nawet nie postawi pamiątkowych kamieni w miejscach, gdzie pierwszy raz całowaliśmy się z dziewczyną czy chłopakiem. Nieważne. I dobrze, niech tak zostanie, bo nie ma nic bardziej pozbawionego sensu niż stwarzanie dat, których potem muszą uczyć się dzieci i wnuki, zamiast spokojnie grać z nami w piłkę albo odkrywać tajemnice kosmosu czy podwórka.
Jesteśmy pierwszą generacją, która zrezygnowała z wojny pokoleń. Niewyobrażalnie trudne dzieciństwo naszych dziadków i rodziców – a to wtedy wszystko się zaczyna, wtedy kształtują się pragnienia i strachy – sprawiło, że byli oni zmuszeni do walki, a przemoc, nazywana symbolicznie „klapsem”, była wszechobecna i korzystała z pomocy rózgi, kabla, pasa, szmaty, pięści, generując w dzieciach, w ich stosunku do rodziców, uczucia dalekie od miłości. My do zmiany nie potrzebujemy już kamieni. Zniewieścieliśmy, jak mówią ci, dla których walka jest uwznioślająca, a podziały płciowe mają wymiar wartościujący. Tak, możemy to stwierdzić z dumą, skorzystaliśmy w pełni z największego daru solidarności międzypokoleniowej, jakim było zniesienie powszechnego poboru do wojska, wymknęliśmy się degenerującym skutkom przemocy, żołnierskiej hierarchii, bezsensownej stracie czasu, zinstytucjonalizowanemu alkoholizmowi, wulgaryzacji, stępieniu wrażliwości. Nie chcemy walczyć, a już na pewno nie z kimś, chcemy uzgadniać rzeczywistość, pracując i starając się, jak o tę sygnalizację świetlną, o bezpieczne zielone światło dla naszych marzeń. Naszym „orężem” są: biodegradowalny worek do segregacji śmieci; zakręcanie wody, kiedy myjemy zęby; spontaniczny uśmiech w miejscu publicznym; buty, w których biegamy, by zadbać o zdrowie; design, którym się otaczamy; i urlop tacierzyński, który bierzemy, by nie umknęło nam to, co najważniejsze.
Co my, cisi bohaterowie, możemy dać Europie i światu? Przekornie zastanawiam się, co świat może dać nam, co my wybierzemy z nieskończonej liczby możliwości. Bo to my wybieramy, nawet wtedy, gdy jesteśmy, wydaje nam się, w sytuacji bez wyjścia. W zamian możemy dać coś, co ma dziś największą wartość przeliczeniową – uwagę. Uwagę, która raz jest ciekawością, czyli pierwszym stopniem do nieba, raz jest zachwytem, raz zadziwieniem, a innym razem odważnym przyznaniem się, że „nie wiem”. Jeszcze nie wiem, ale chcę się dowiedzieć.
To uwaga decyduje o tym, że coś staje się wartościowe, a ktoś – autorytetem. Naszą uwagą oblepiamy osoby, zjawiska, tworząc wokół nich bałwany uwagi, które z czasem kostnieją w pomniki i kruszeją albo topnieją pod wpływem słońca. Taki jest odwieczny porządek świata, ale nam, naszym dzieciom, jest trudniej, bo mamy coraz większy problem z odróżnieniem, co jest naszym wyborem, a co jest nam sprzedawane jako nasz wybór. Z pomocą przychodzi pytanie, które możemy sobie, jako swój osobisty sparring-partner, zadawać możliwie często: czy na pewno robię tylko to, co w pełni rozumiem? Dla przykładu, jeśli w przyszłości przyjdzie mi się zetknąć z konsekwencjami moich wyborów – a przyjdzie na pewno – co odpowiem dziecku, które spyta, dlaczego nie ma czystej wody? Bo jak była, to... nie myślałem?
I na koniec refleksja political fiction, branżowa, ale tylko z pozoru. Chciałbym żyć w kraju, w którym najważniejszą rolę w rządzie odgrywa Ministerstwo Kultury i Sztuki. Skarbnica pytań, stróż niepewności, do której trafia na dywanik każdy minister, kiedy wydaje mu się, że wie, jak mają żyć obywatele. Na kulturę nie składają się bowiem tylko zbiory nieprzeczytanych książek, ale suma tego, co każdego z nas czyni człowiekiem – pragnień i lęków każdego z nas, naszych marzeń i ograniczeń, umiejętności komunikacji i jej braku, naszej powszedniej ciekawości, zachwytów i zadziwienia.
Tak, kultura jest centrum wspólnej świadomości, a w centrum tego centrum jest sztuka. To ona, najmniej uwikłana w problemy pozornej pewności poglądów, zadaje najbardziej rzeczywiste z pytań, kierując naszą uwagę na niezwykłość naszego zwyczajnego istnienia, niezwykłość naszej percepcji, naszej bezgranicznej wyobraźni. Świat chcą zmieniać ci, którzy nie mają odwagi zmienić siebie, i ginie przy tym zbyt wielu ludzi. A sztuka czyni nas wolnymi od przeświadczenia, że coś wiemy na pewno; czyni nas wolnymi, a dopiero wolny człowiek może próbować pomóc innym.
*** Więcej informacji o Kongresie Obywatelskim: www.facebook.com/KongresObywatelski www.kongresobywatelski.pl
