REKLAMA

Obecna władza zachowuje się jak pijany pies tropiący, który w pościgu za przestępcą zatacza się od ściany do ściany demolując wszystko po drodze i nie przejmując się, że w międzyczasie ścigany już dawno zdążył zbiec.

Żeby nie być gołosłownymi, zauważmy, że na konferencji zorganizowanej z okazji połączenia urzędu Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego pani premier oznajmiła, iż priorytetem dla jej rządu jest bezkompromisowa walka z przestępczością. To piękna obietnica, jednak przypomnijmy sobie, jak jest realizowana w praktyce.

Pierwszą spektakularną decyzją podjętą przez prezydenta, niekryjącego swojej więzi z obozem rządzącym, było ułaskawienie byłego szefa CBA oraz jego zastępców skazanych nieprawomocnymi wyrokami za nadużycie władzy. Następstwem ułaskawienia było powierzenie im wysokich funkcji w państwie, związanych z dbałością o bezpieczeństwo kraju. Zatem deklaracje pani premier można interpretować w ten sposób, że elementem bezkompromisowej walki z przestępczością stanie się ułaskawianie osób, które naruszyły prawo, by następnie państwo zatrudniało ich, w celu ścigania innych osób.

Przy takim modus operandi w sposób oczywisty nasuwa się pytanie, czy pozyskani w ten sposób „śledczy” mają istotnie walczyć z przestępczością, czy też ich wdzięczność do władzy i zależność od, niej będzie wykorzystywana do tego, by w swojej pracy skoncentrowali się na osobach władzy tej przeciwnych. W konsekwencji rodzi się pytanie, czy w istocie priorytetem władzy jest walka z przestępczością, czy raczej ze swoimi przeciwnikami.

Krytykując błędy poprzedników pani premier wspominała o aferze Amber Gold, jednak ani słowem nie zająknęła się o sprawie Skoków – niegdyś związanych z senatorem Grzegorzem Biereckim. W innych sprawach metodologia jest analogiczna: krytyka przeciwników i całkowita amnezja w sprawach własnych. Rządzący linczują agenta „Bolka”, mimo że autentyczność dowodów w jego sprawie nie została zweryfikowana, równocześnie przytulając do piersi Jerzego Zelnika, choć ten potwierdził swoją współpracę z komunistyczną służbą bezpieczeństwa.

Władza potępia i dyskredytuje ludzi współpracujących ze starym reżimem, jednocześnie czyniąc jedną z twarzy tej krucjaty komunistycznego prokuratora. Przy ocenie tego, co naganne, nie bierze się pod uwagę czyichś rzeczywistych czynów, tylko obecne poglądy danej osoby, wychodząc z założenia, że co złego, to nie my, tylko oni.

Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby Donald Tusk pozwolił sobie spędzić dzień 13 grudnia 1981 r. do południa w łóżku. W przypadku innego polityka jest to oczywiście ideowo słuszny wypoczynek bojownika przed wyruszeniem w antykomunistyczny bój.

Tylko jak tu stosować różne praktyki prawne wobec współobywateli, jeśli wszyscy są równi wobec prawa? Wszak normy prawne winny być stosowane w sposób identyczny dla wszystkich, na straży czego w przypadku prawa karnego winna stać prokuratura, której podstawowym ustawowym zadaniem jest przestrzeganie zasady praworządności, oraz niezawisłe sądy. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Aby stosować prawo zgodnie z doktryną „dobrej zmiany”, należy przekonać do tej „dobrej zmiany” prokuraturę i sądy. W takich wypadkach najlepsza jest metoda kija i marchewki. Metodę marchewki nietrudno sobie wyobrazić – może to być zaszczytna herbatka z samym prezesem, bo w rządzącym zakonie nie można wyobrazić sobie większego zaszczytu. Co zatem z kijem?

Wydaje się, że i na to znaleziono już sposób tworząc przy nowo powołanej Prokuraturze Krajowej Wydział Spraw Wewnętrznych właściwy w sprawach ścigania sędziów i prokuratorów za popełnione przez nich przestępstwa. Doświadczenie życiowe uczy, że sędziowie i prokuratorzy nie są jedyną grupą społeczną, której przedstawiciele dopuszczają się czynów zabronionych. Dlaczego wobec tego nie powołano departamentu do spraw zwalczania przestępczości wśród lekarzy, komików czy prestidigitatorów, a wyróżniono jedynie zawody sędziego i prokuratora? Odpowiedź jest prosta – to jest kij na niezależny wymiar sprawiedliwości!

Co się stanie, jeśli prokurator nie będzie gorliwie ścigał właściwego przestępcy, bądź sąd nie osądzi oskarżonego zgodnie z oczekiwaniami ministra? W takiej sytuacji zaistnieje domniemanie, że błędny wyrok jest albo konsekwencją korupcji, albo niedopełnienia obowiązku, co winno skutkować wszczęciem przeciwko podejrzanym stosownych postępowań. Jednak mimo zmiany ustawy o prokuraturze sąd pozostanie nadal niezależny. Będzie miał nadal prawo wyboru – albo kij albo marchewka.

Jeśli system nie zadziała, można go zawsze zmodyfikować. Jeśli nie wystarczy samo powołanie nowego wydziału, można dla każdego sędziego i prokuratora wyznaczyć indywidualnego kontrolera, który będzie czuwał nad przestrzeganiem przez niego zasad praworządności „dobrej zmiany”. Tajemnicą poliszynela było, że w epoce socjalizmu władza starała się wpłynąć działaniami zakulisowymi na decyzje sędziów. „Dobra zmiana” spowodowała, że narzędzia do wpływania na wymiar sprawiedliwości rządzący zapewnili sobie ustawowo, co dotychczas nie przyszło do głowy żadnej władzy.

Nie trzeba być prorokiem, żeby przewidzieć pierwsze nazwiska sędziów, których nowo powołany wydział weźmie pod lupę. Niekwestionowane pierwsze miejsce przypadnie niepokornemu prezesowi Trybunału Konstytucyjnego, zaś w ścisłym peletonie zaraz za nim będzie sędzia, który miał odwagę uznać, że były szef CBA dopuścił się przestępstwa poprzez nadużycie prawa, oraz sędzia, który dopuścił się publicznego stwierdzenia, że postępowanie przeciwko doktorowi Mariuszowi G. prowadzone było w opozycji do obowiązujących standardów prawnych.

Jeśli zatem działania władzy mają być transparentne, o czym zapewniają nas jej przedstawiciele, czy nowo powołanemu Wydziałowi Spraw Wewnętrznych nie powinno się od razu nadać imienia Andrzeja Rzeplińskiego, zaś działającemu w nim departamentowi imienia Wojciecha Łączewskiego lub Igora Tulei? Zawsze łatwiej maszerować, kiedy wiemy, dokąd zmierzamy.

Dubois & Stępiński