W pewnym kraju nad rzeczką były sobie dwie piękne Beaty. Poza urodą obie miały talenty, dzięki którym mieszkańcy kraju nad rzeczką kochali je nad życie. Ta ważniejsza nosiła garsonki, jedna piękniejsza od drugiej i gustowne broszki, które lśniły na jej piersi jak wielkomiejskie neony. Swą mową potrafiła porywać tłumy, bo była elokwentniejsza od najbardziej wyszczekanego chłopa z Brzeszcz. Druga, ta mniej ważna, nie miała wprawdzie tak pięknej odzieży, za to swymi mądrymi oczami potrafiła przewiercić każdego rozmówcę jak widiowe wiertło, a moc miała w sobie tak przeogromną, że miażdżyła politycznych przeciwników i najlepszych dziennikarzy, jak betonowy walec. Bo rozum miała tak bystry, że mówiła szybciej, niż można było ją zrozumieć.
Pewnego dnia dwie piękne Beaty siedziały i czekały na to co zrobi Trybunał. Obie bardzo się przestraszyły, gdy Trybunał zrobił inaczej, niż chciały by zrobił, bo miało być, tak pięknie, czyli zupełnie nie tak, jak się stało. Przerażone zastanawiały się, jak powiedzą o tym Temu, który z pozoru był nikim, ale w rzeczywistości był Kimś najważniejszym w kraju nad rzeczką, dużo ważniejszym niż one obie razem wzięte. Siedziały, myślały i nagle ta ważniejsza Beata zerwała się i zaczęła biec tak szybko jak gazela uciekająca przed japońskimi turystami na safari. Gdy ta druga, szybkomyślna Beata zorientowała się, że Beata z broszką biegnie, z kopyta ruszyła za nią.
Tak się złożyło, że korytarzem przechodził elegancki Andrzej o urodzie aktora znanego jeszcze w starym systemie. - Dokąd biegniecie? – spytał zaskoczony, bo Beaty na ogół nie biegały, tylko poruszały się z gracją. Pomyślał, że jak one biegną to on też powinien, bo wyglądało na to że bieganie mogło stać się popularne w kręgach władzy.
Nie zdążył jednak wystartować, bo betonowa Beata miotnęła nim o ziemie. Gdy przeskakując nad powalonym, w swej mądrości zorientowała się dokąd biegnie ta pierwsza, przyśpieszyła - jak metabolizm po porannej kawie - zdając sobie sprawę, że dla własnego dobra powinna dobiec tam pierwsza. Wybiła barkiem masywne dębowe drzwi i wpadła do pokoju gdzie drzemał mały człowiek o wielkiej mądrości.
- Nie opublikuję tego plugastwa w Dzienniku Ustaw! – wyrzuciła z siebie sapiąc ze zmęczenia
- Nie! to ja nie opublikuję - próbowała przekrzyczeć ją ważniejsza Beata, która wbiegła za nią.
- Nie! Ja bardziej i lepiej nie opublikuję – próbowała zwrócić na siebie uwagę mężczyzny zwyciężczyni biegu.
- Prezesuńciu kochaniutki nie słuchaj tej Beaty, to ja dla ciebie nie opublikuję.
- Nie, to ja nie opublikuję dla Pana Prezesa i dla Przewielebnego Księdza Arcybiskupa i dla Księdza Celebransa i dla przewielebnego Księdza Biskupa, dla szanownych księży, dla wszystkich duchownych, dla naszych przewodników, dla wszystkich władz według godności i urzędów i dla Ojca Dyrektora - darła się jak nawiedzona druga Beata. Wyglądało na to, że Beaty wezmą się za kudły gdy nagle….
- Cicho obie! – krzyknął mężczyzna, wyrwany ze snu, a one zamilkły i znieruchomiały jak żona Lota w trakcie ucieczki z Sodomy. Z kim ja muszę pracować - pomyślał wściekły Ktoś, którego wiekopomna wizja polityczna właśnie brała w łeb przez brakoróbstwo podwładnych i niepatriotyczne warcholstwo sędziów Trybunału.
Rozgniewany zastanawiał się co ma zrobić z winowajcami, gdy przez wyważone drzwi wkroczył pan Zbyszek zwany Sprawiedliwym.
- Co my tu mamy? zastanawiał się z wrodzoną dociekliwością. Doszło do przestępstwa zniszczenia mienia? Zatrzymać sprawców Prezesie? – spytał.
Na te słowa Prezes zabłysnął radośnie, jak włączona żarówka i spojrzał przyjaźnie na pana Zbyszka zwanego Sprawiedliwego.
- Ty masz głowę, jak mały Cygan nogę - pochwalił go.
- Ale o co chodzi? – spytał zdziwiony pan Zbyszek zwany Sprawiedliwym, który po prostu lubił zatrzymywać i traktował to, jak coś naturalnego.
- Wiem, jak to załatwimy, wybudzony ze snu Prezes tarł rączki z radości tak mocno, że iskry narodowej nadziei oświetliły gabinet.
- Aresztuj je obie za niedopełnienie obowiązku przez funkcjonariusza publicznego, czyli nieopublikowanie wyroku Trybunału.
- Tego projektu wydanego przy kawie i ciasteczkach? – panu Zbyszkowi zwanemu Sprawiedliwym szczęka opadła ze zdumienia. Swoich mam aresztować za takie nic? Nie możemy Prezesie, nasz elektorat nie zrozumie nas. Zresztą po co? Andrzej i tak ich ułaskawi.
Prezes aż poczerwieniał ze złości. Co za miernoty go otaczają, każdemu musi wszystko tłumaczyć.
- Jak je aresztujemy to ludzie pomyślą, że jesteśmy sprawiedliwi do kwadratu i nadal będą nas kochać i popierać.
- Ale w ten sposób będziemy mieli Trybunał w starym składzie. Po co nam taki pasożyt, wrzód na demokracji? protestował zrozpaczony pan Zbyszek zwany Sprawiedliwym
- Głupiś – huknął na niego Prezes – żadnego Trybunału i tak nie będzie. Ty zamkniesz starych sędziów za zdradę tajemnicy, a nowych Andrzej już nie zaprzysięży.
Po znalezieniu rozwiązania jak mieć wszystko i być kochanym Prezes odesłał gestem dłoni pana Zbyszka zwanego Sprawiedliwym, przewrócił się na drugi bok i zanim zasnął pomyślał: mój Boże, nawet po pincet może nie wystarczyć. Powiercił się chwilę i zapadł w sen. Wszak było kwadrans do jedenastej.
Dubois & Stępiński
