Sobota przedpołudnie, autobus linii 188, kilka miejsc siedzących wolnych. Siadam i niby patrzę w okno, ale tak naprawdę obserwuję reakcje innych pasażerów. Bo mam w kurtce znaczek KOD. Ten z opornikiem. Przyznam, że na co dzień przypinam go do torby. Nawet nie dlatego, że mam jakieś obawy, ale tak jest mi po prostu wygodniej. Znaczek przy kurtce sprawia jednak, że przestaję być niewidzialna.
Tym razem jest podobnie. Ludzie w autobusie już mnie zauważyli. Nagle widzę kobietę koło 60-tki, która sięga do torby, wyjmuje swój znaczek i przypina go. Uśmiechamy się do siebie. – Patrz, jakie kocice. Jeden kot i drugi kod – słyszę za sobą. Po namyśle postanawiam nie reagować. W końcu to nienajgorsze odzywka. A poza tym może jestem przewrażliwiona, może tak naprawdę był to komplement? Lub niegroźny żart.
Pamiętam, że gdy wracałam z drugiej demonstracji (gubię się już w rachunkach, ta chyba była szósta?), też miałam przypięty znaczek. Przysiadła się do mnie kobieta i zapytała:
- Nie wstyd pani? Rozróby robicie. Chcecie drugiego Majdanu?
- Nie chcemy. My wszyscy jesteśmy nastawieni pokojowo. Wyobraża sobie pani, że ja zaczynam rzucać kamieniami?
- No to po co lezie pani na te manifestacje?
- Bo bronię państwa prawa.
- Uczciwy nie musi się niczego bać. Kaczyński chce tylko pogonić całe to towarzystwo do roboty. Świetnie im się żyło z naszych podatków. Teraz koniec.
- Mnie się świetnie nie żyło, ale nie chcę, żeby żyło mi się gorzej.
- Oj, niby inteligentnie pani wygląda, a taka głupia…
Moja rozmówczyni wysiadła nie dając mi sprostować, że może aż tak bardzo głupia nie jestem. Ale i tak w sumie nie było źle. Ot, porozmawiałyśmy sobie i rozstałyśmy się pozostając każda przy swoim zdaniu. Znajoma miała mniej szczęścia, gdyż pewien pan z laską podszedł do niej, zerwał znaczek, rzucił go na ziemię i napluł na niego. – Bałam się, że na mnie też napluje – opowiadała potem.
Strasznie dziwnie się porobiło. Jeden znaczek sprawia, że człowiek zaczyna się niepewnie czuć w autobusie, który dotąd dawał bezpieczeństwo, chronił przed śniegiem i deszczem, bezpiecznie dowoził do domu. Teraz niby też nic wielkiego się nie dzieje, a jednak… Zwłaszcza po obejrzeniu filmiku z poznańskiego tramwaju, na którym widać było jak charakterystycznie podgoleni wyżywają się na chłopaku, który był od nich inny (chwała zresztą jemu i wszystkim, którzy są od nich inni), nie jestem już tak pewna, że dojadę z punktu A do punktu B bez problemu.
Kiedyś w ramach entuzjazmu chciałam nakleić na samochód naklejkę KOD. Skończyło się na entuzjazmie. Mieszkam na Grochowie. Dwa samochody mi ukradli. Jeśli jakiś łobuz zniszczy mi trzeci, to obawiam się, że żadne towarzystwo ubezpieczeniowe mnie nie ubezpieczy. A że ktoś choć blachę zarysuje, to pewne jak amen w pacierzu. Ale może przesadzam?
Ale wróćmy do początku. Sobota, przed południem. Z moim znaczkiem jechałam na kolejną demonstrację. Znów się udała, znów było wiele ludzi. Trochę ochrypłam od krzyku, ale zaraz mi przejdzie – w każdym razie dotąd zawsze przechodziło. Znów nałapałam pozytywnej energii na cały nadchodzący tydzień. A mój znaczek też miał powód do radości. Spotkał parę tysięcy innych znaczków. I wszystkie znaczki wreszcie z dumą oglądały świat. Dwa tygodnie na to czekały!
Gdy patrzyłam na te roześmiane znaczki, pomyślałam, że chyba nie mam sumienia tego mojego znów przenieść na torbę. Idę z nim jutro na miasto. Niech nas zobaczą. Nie tylko na demonstracji. Bo ja naprawdę nie różnię się od innych, a mój znaczek krzywdy nikomu na pewno nie zrobi. Iwona Leończuk
