
"Idziemy do Niemiec, bo tam dobrze się żyje. Angela Merkel przecież zaprosiła" "Nie wiemy co będzie po wojnie. Może wrócimy, może nie"
Idomeni w Grecji przy granicy z Macedenią przypomina trochę Woodstock.
Dużo namiotów, błoto po kolana (dzisiaj cały dzień leje), panuje ogólny chaos. Tylko muzyka nie gra. A wolontariusze zamiast zbierać pijanych delikwentów rozdają jedzenie i ciepłe napoje.
Podobno jest tutaj 15 tys. przybyszów z Bliskiego Wschodu. Są tam jakieś statystyki ile kobiet, ile dzieci, ile młodych mężczyzn. Ale w sumie dla mnie to bez znaczenia. Nie ważne kto tam do końca jest. Najważniejsze, że utknęli bo Macedonia zamknęła granicę. A przyjechali bo bezmyślności Europy pod wodzą Niemiec przekroczyła już wszystkie możliwe granice. Po ludzku jest mi tych ludzi po prostu żal i wiem, że trzeba im pomóc. Ale czarno na białym widać, że UE nie może wszystkich przyjąć. A tymczasem brukselsscy decydenci znowu dadzą kasę Turcji i odtrąbią przełomowy sukces. Nikt się nie zająknie o zakończeniu wojny na Bliskim Wschodzie i takiej pomocy, która zakłada natychmiastowe odsyłanie uchodźców do miejsc, gdzie nie trwają już walki. Tak jak Kurdowie, których widziliśmy w obozach w Suruc wracają do Kobane po tym jak YPG odparli ofensywę ISIS.
Ale europejskie elity ciągle będą pławić się w abstrakcyjnych ideach praw człowieka, multikulti i otwartości udowadniając tym samym (po raz kolejny), że kompletnie stracili kontakt z rzeczywistościa. Może zamiast na kolejny szczyt wybraliby się na Przystanek Idomeni.
