Prowokuje, obraża i podburza tłumy. Opowiada o zmowie elit. Straszy obcymi. Obiecuje odbudowę kraju, który „pogrąża się w ruinie”. Mówi dużo i przekonująco o godności i wielkości, czym przyprawia o ból głowy co rozsądniejszych polityków własnej partii. A jednak porywa wyborców i prowadzi w sondażach.

REKLAMA

Kto taki? Donald Trump, oczywiście. Trump – Osioł Trojański, tylko udający Słonia. Trump Kryptodemokrata!

Z tym, że określenia „obraża” czy „podburza”, to już w tej chwili czas przeszły dokonany. Trump zdjął maskę i wszyscy, którzy dotąd wątpili w teorie spiskowe upowszechniane w „kręgach zbliżonych do Republikanów” , nareszcie dostrzegli jego ośle uszy.

Wszystko zmieniła ostatnia debata. Ostatnia nie tylko w tym w tym sensie, że odbyła się w miniony czwartek, ale także dlatego, że kończy ona serię telewizyjnych wystąpień kandydatów Republikanów przed letnią konwencją partii, na której wyłoni on swojego reprezentanta do Białego Domu.

Debata przeszła bez echa, bo była porażająco nudna. Nikt nikogo – wyjątkowo – nie obraził. Nie padły żadne inwektywy pod adresem elit, Latynosów, kobiet ani – co już naprawdę wyjątkowe – dziennikarzy, regularnie poniewieranych dotąd w czasie wszystkich wystąpień Donalda.

Pomysł odstawienia do Meksyku 12 milionów nielegalnych Trump tym razem zbył czarującym uśmiechem, podobnie jak pytanie o zakaz wjazdu do USA dla wyznawców islamu. Nie wspomniał słowem o zrywaniu traktatów handlowych, cłach zaporowych ani o murach na granicy.

Dwie kwestie, w których przypominał trochę dawnego Trumpa, dotyczyły ograniczenia imigracji (w odniesieniu do Polski komunikat brzmi : o ruchu bezwizowym na razie możecie zapomnieć) oraz obecności wojskowej Ameryki w świecie. Nie było jednak mowy o wycofywaniu US Army z Europy , ale o kosztach zapewniania bezpieczeństwa amerykańskim sojusznikom. Zdaniem Donalda kto będzie chciał takiej ochrony, będzie teraz musiał za nią odpowiednio zapłacić. (Co, swoją drogą, powinno dać do myślenia tym politykom znad Wisły, którzy mają nadzieję, że prezydentura Trumpa okaże się korzystna dla Polski).

W telewizji był Wersal, ale za to w terenie „stodoła”. W kilka dni po debacie doszło do bijatyki na wiecu Donalda w Chicago, po którym to incydencie (grupa Latynosów pobiła się ze zwolennikami Donalda) wiec odwołano, oskarżając o podżeganie do przemocy sztab wyborczy Berniego Sandersa.

W zasadzie nie ma żadnego związku między tymi dwoma zdarzeniami, może poza tym, że oba dotyczą Trumpa i że doszło do nich w odstępie kilku dni. Ale w Ameryce, podobnie jak w Polsce, polityka już dawno obrosła w teorie spiskowe. Ta dotycząca Donalda mówi, że za chaosem w kampanii GOP-u stoją Demokraci, a sam Trump działa na rzecz totalnej kompromitacji Partii Republikańskiej. I że właśnie teraz prawda wyszła na jaw. Bo Donald ujawnił swoje „ prawdziwe oblicze”, a prowokacja na wiecu w Chicago to kolejna odsłona tego samego, perfidnego demokratycznego scenariusza.

Dla sporych grup wyborców polityka to domena zakulisowych targów, intryg i układów. ( Co zresztą potwierdzi każdy, kto obejrzał choć jeden odcinek serialu „House of Cards , który akurat znowu wrócił na ekran, i ciekawe, dlaczego właśnie teraz…).

Już w grudniu minionego roku o zamiar kompromitacji partii republikańskiej oskarżył Trumpa publicznie Jeb Bush, na dowód publikując zdjęcie z prywatnego spotkania miliardera z Hillary i Billem Clintonami, jako dowód na zażyłość między Donaldem i parą prezydencką.

Ta teoria pojawiła się zresztą zaraz po tym, jak Trump zgłosił zamiar startu w wyborach, ale „ ostatnia debata” dodała jej zwolennikom wiatru w skrzydła. Dwa dni temu „ odleciał” nawet sztandarowy publicysta amerykańskiej prawicy - Rush Limbaugh, sugerując na antenie, że masowy udział Demokratów w prawyborach Republikanów (na co zezwala prawo) w Pennsylvanii oraz Iowa, to część tajnego planu liberałów na zdobycie Białego Domu. Jego zdaniem Donald wcale nie przekonał ich do swojego programu (w sumie racja, bo żadnego konkretnego programu Donald nie ma). Poszli głosować na niego, żeby nie wygrał kto inny.

Chodziło o to, żeby Trump zwyciężył w prawyborach, bo wtedy to właśnie on będzie rywalizował w wyścigu do Waszyngtonu z Hillary Clinton. A wówczas znaczenie wzrosną szanse nielubianej Hillary na prezydenturę. Tak się bowiem składa, że Donalda ogół Amerykanów lubi jeszcze mniej, niż żonę Billa Clintona.

Nawet amerykańskie konserwatystki, nieszczególnie przepadające za byłą Sekretarz Stanu (ech, ta babska zawiść), postawione przed wyborem: „szowinista albo feministka” raczej oddadzą swój głos na Hillary.

Jeśli w ogóle może ona wygrać, to – w zasadzie – tylko i wyłącznie z Trumpem. Każdy inny Republikanin stanowiłby dla Mrs. Clinton wielki problem.

Zwolennicy teorii spiskowej z Trumpem w roli Osła Trojańskiego zwracają też uwagę, na pasję, z jaką The Donald bronił w jednej z debat tak zwanych „nowojorskich wartości ”, różniących się, i to nie tylko w szczegółach, od „wyznania wiary” Partii Republikańskiej.

Nawet weekendowy NYT napisał, że zdaniem części konserwatystów za kompromitującą kampanią GOP-u „stoją” Demokraci, a może nawet sam prezydent Obama.

I wiecie co? Ta teoria, choć szalona, może być jakoś prawdziwa.

Bo jak na razie, to rzeczywiście Trump najbardziej zaszkodził właśnie Partii Republikańskiej.

Zdążył doszczętnie zdemolować wizerunek GOP i zdyskredytować konserwatywny elektorat, zwłaszcza zaś jego skrajne skrzydło, które – choć oficjalnie deklaruje przywiązanie do religii – masowo poparło wymachującego Biblią liberała. Wyborcy Trumpa, umiejętnie podpuszczeni, zbiorowo ujawnili swój – długo ukrywany – rasizm, bigoterię, hipokryzję, szowinizm i poparcie dla politycznego „zamordyzmu”. A popierają Donalda tym bardziej, im bardziej on sam wchodzi w rolę prawicowego nienawistnika i „oszołoma”.

Jeśli to – jak chce teoria spiskowa kolportowana na prawicy – rzeczywiście tylko rola, to wyraźnie zabrakło w tym roku Oscara dla Trumpa za najlepszy scenariusz oryginalny i pierwszoplanową rolę męską w serialu telewizyjnym, który dla Republikanów powoli zmienia się w thriller, a dla Demokratów w komedię. Romantyczną, bo happy end jest w niej – zdaje się – zarezerwowany dla Hillary, która już za pół roku zostanie dzięki Donaldowi prezydentem wszystkich Polaków (w Ameryce).

A jeśli Trump zidentyfikował się z rolą do tego stopnia, że rzeczywiście wygra?

To jednak, mimo wszystko, lepiej dla Ameryki, niż gdyby w Białym Domu miał zasiąść Ted Cruz.