REKLAMA

Motto: kto w wieku 20 lat jest dzieckiem, pozostanie głupcem do końca życia (Aleksander Drożdżyński, Mądrości żydowskie).

Sprawy lustracyjne są rozpoznawane przez sądy powszechne na podstawie przepisów kodeksu postępowania karnego. O tym, kogo można uznać za współpracownika służby bezpieczeństwa określa ustawa.

Współpraca adwokata z klientem, także w sprawie lustracyjnej, jest wielowymiarowa. Skoro klient potrzebuje pomocy, adwokat musi wystąpić w wielu rolach. Np. nauczyciela, który poinformuje go o zawiłościach procedury, zwłaszcza zasadach oceny dowodów i pomoże opracować zborną koncepcję obrony. Także terapeuty, który pomoże przebrnąć przez trudne momenty, i – co niektórych zaskoczy - reżysera, który zapanuje nad stanem umysłu i emocjami klienta, który - występując w swojej własnej sprawie - może strzelić samobója. Zatem żaden szanujący się adwokat nie dopuści do sytuacji, w której klient - zwłaszcza w sprawie, w której dowody mają znaczenie, a przykładem takiej sprawy jest sprawa lustracyjna – pójdzie na żywioł. Zacznie pleść androny.

Przedmiotem oceny sądów powszechnych orzekających w sprawach lustracyjnych, są tylko sprawy enumeratywnie wymienione w ustawie. W sprawach obywateli nie podlegających lustracji, orzeka sąd opinii publicznej, który nie działa na podstawie procedury, choć jego wyroki bywają boleśnie dotkliwe i są ostateczne. Doświadczenie uczy, że obrona przed tym sądem, jest znacznie trudniejsza, bo nie obowiązują w nim zasady bezstronności sędziów i domniemania niewinności. Tutaj królują nienawiść, zacietrzewienie i kołtuneria.

W zasobach IPN odnaleziono teczkę aktora Jerzego Zelnika. Pan Jerzy Zelnik jest rozpoznawalny także z uwagi na zaangażowanie po stronie jedynej słusznej opcji politycznej, latami tłamszonej. Pryncypialny jak Torquemada, od lat moralizuje. Poucza, wytyka i wyszydza z zapałem człowieka bez skazy. A tu teczka z zawartością, z której trzeba się jakoś wytłumaczyć.

Szczerze mówiąc los pana Zelnika, którego był kowalem, mało nas interesuje. Jego sprawa interesuje nas, jako obrońców sądowych, wyłącznie z uwagi na przyjętą linię obrony. To nie ja, to on, powiedział o sobie pan Zelnik, mówiąc, że choć to on podpisał oświadczenie o współpracy i współpracował, to faktycznie współpracownikiem SB był inny lokator jego powłoki cielesnej. Linia obrony, którą przyjął pan Zelnik sprowadza się do twierdzenia: kiedy podpisywałem i współpracowałem byłem dzieckiem, myślałem o seksie i studiach aktorskich, w mojej rodzinie byli partyjni, dzieliłem ich poglądy, więc stało się. Potem dokonałem resetu i wróciłem do powłoki cielesnej, jako inny człowiek. Oceniajcie mnie takim, jaki jestem teraz.

Doświadczenie podpowiada nam, że w sądzie powszechnym takie tłumaczenie wiele by nie dało, bo orzeczenia lustracyjne są zerojedynkowe, a sędziowie kierują się zdrowym rozsądkiem i zasadami logiki.

Nie wiemy kto poradził panu Jerzemu Zelnikowi, jak powinien bronić się przed sądem opinii publicznej? Może działa instynktownie? Nam się wydaje, że przyjęta przezeń linia obrony jest niemądra, nieskuteczna i średnio przyzwoita. Wprawdzie zdarza się, że zwalenie winy na kolegę – zawsze etycznie wątpliwe - w konkretnym układzie dowodowym okazuje się skuteczne, ale o bronieniu się poprzez oskarżenie kogoś, kto w chwili czynu zasiedlał naszą cielesność, nigdy nie słyszeliśmy. Jednak Doktor Jekyll i pan Hyde istnieli tyko w wyobraźni Roberta L. Stevensona. Dlatego może lepiej by było spuścić nieco powietrza, opanować ego i pokazać trochę pokory.

Dubois & Stępiński