Może Was zaskoczę, ale do niedawna nie wiedziałam, ilu mam znajomych na Facebooku. To znaczy z grubsza wiedziałam, ale czy 50 znajomych w tę czy w tamtą? Teraz to się zmieniło. Wiem co do sztuki. 15 marca miałam 203 znajomych. Po opublikowaniu tego tekstu to się może zmienić…
Jakiś czas temu spotkałam na FB moją dawną szefową, bardzo zdolną dziennikarkę. Ucieszyłam się i dodałam ją do znajomych. Albo ona mnie. Nawet popisałyśmy chwilę do siebie, żeby dowiedzieć się, co u której słychać. Było miło. Tyle że potem okazało się, że ja z tych, a ona z tamtych. A ponieważ te 20 lat temu to jednak ona była moją szefową, to tym razem również to ona oceniała moje facebookowe teksty, a nie odwrotnie. Na plus muszę sobie zapisać, że dzielnie i ze spokojem zniosłam sporo uwag typu, że KOD to banda złodziei i aferzystów, że w marszach biorą udział idioci, którzy popierają tych którym brakuje koryta (a swoją drogą to co oni mają z tym korytem?). Odpowiadałam tylko: - Mam inne zdanie na ten temat. Lub: - Wydaje mi się, że niesprawiedliwie nas osądzasz. Gdy jednak w którymś momencie przeczytałam, że moja argumentacja jest prymitywna i komunistyczna, uznałam, że dość tej kultury. No i z bólem serca pozbyłam się znajomej.
Minęło kilka dni i puściłam w świat dowcip, który wydał mi się zabawny. Pewnie go widzieliście. Fragment tablicy, a na nim ileś razy napisane: Nie będę pisać na ścianie Andrzej Dupa. Podpisane: Zosia z II b. Skomentowała ten żart inna moja koleżanka. Napisała z pełną powagą, że kto nie szanuje swojego prezydenta, ten nie szanuje siebie. Wywiązała się dyskusja, przy okazji oberwało się paru osobom, którym też ten żart się spodobał, a następnego dnia odkryłam, że nie jestem już jej facebookową znajomą.
Te dwa przypadki dały mi do myślenia. Na wszelki wypadek sama więc usunęłam zaproszenie, które pewnie ze dwa miesiące temu wysłałam do koleżanki, a na które dotąd nie odpowiedziała. Bardzo się z tą dziewczyną polubiłyśmy pracując nad pewnym projektem. – Ty jesteś super kobietą. Lubię takich wartościowych ludzi jak ty – powiedziała mi kiedyś. Było to jednak w czasie, gdy obie nie wiedziałyśmy, że ona jest bardziej na prawo, a ja nie. Gdy się dowiedziałyśmy, to chyba jednak bardzo straciłam na wartości. Obawiam się, że to właśnie z tego powodu nie przyjęła mojego zaproszenia.
I tak mam o trzy koleżanki mniej. Trzy koleżanki, z którymi chodziłyśmy na piwo, śmiałyśmy się z tych samych rzeczy, obgadywałyśmy tych samych ludzi, na które tak samo jak na mnie nie działa żadna modna dieta, które nie wiedzą, co wydarzyło się w ostatnim odcinku „Ma jak miłość” i które podobnie jak ja z niecierpliwością czekają na wiosnę. Różni nas to, że one popierają PiS, a ja należę do KOD.
Czasami odnoszę wrażenie, że mogłabym kraść, rysować gwoździem samochody sąsiadów, wyrywać kartki z książek z biblioteki, a i tak dla niektórych byłabym bardziej wartościowym człowiekiem niż należąc do KOD. Ponoć nawet ksiądz w kościele w Ursusie na kazaniu stwierdził, że w manifestantów KOD należałoby rzucać jajkami – sama nie słyszałam, ale wiarygodni ludzie donieśli.
Wśród znajomych w świecie wirtualnym i realnym mam jeszcze paru takich, którzy myślą inaczej niż ja. Popierają PiS, bo boją się uchodźców, bo czczą żołnierzy wyklętych, bo nadal nie mogą darować PO ośmiorniczek. Nie zgadzam się z nimi, ale nie muszę. Nie chcę żyć w czarno-białym świecie, w którym strach przyznać się nieznajomemu do poglądów politycznych (przyznajcie się, pewnie większość z Was trzyma język za zębami nim pozna poglądy nowego interlokutora). Fakt, że ktoś myśli inaczej nie znaczy, że jest głupi. Proszę więc wszystkich, którzy mają inne poglądy niż ja – nie mówcie, że jestem prymitywna, że dałam się otumanić „Gazecie Wyborczej”, że nie umiem samodzielnie myśleć. Umiem i dlatego myślę, że to są głupie argumenty. Iwona Leończuk
