
4 czerwca 1989 roku na antenie telewizji publicznej zakończyła w Polsce komunizm znana aktorka, Joanna Szczepkowska. Nastała długo oczekiwana przez naród demokracja. Przez ostanie miesiące Polaków, UE, USA przekonywała dziesiątki razy premier Beata Szydło niezmiennym zdaniem, że „demokracja w Polsce ma się dobrze”. Niewiele osób w to wierzyło. Kropkę nad i postawiła dopiero posłanka Krystyna Pawłowicz reprezentująca klubowe barwy PiS.
Tak jak każde, ważne historyczne wydarzenie, również to zostało umieszczone w ramach czasowych i w miejscu. 15 marca 2016 roku posłanka Krystyna Pawłowicz na swoim profilu na Facebooku w końcu oświeciła naród, pisząc: „10 kwietnia, w Warszawie - MARSZ MILIONA, marsz poparcia dla naszych władz wybranych w ostatnich demokratycznych wyborach."
Z ostatnich słów zamieszczonych na portalu społecznościowym, internauci dowiedzieli się, że 25 października 2015 roku 47 proc. uprawnionych do głosowania Polaków wzięło udział w przełomowym wydarzeniu, a mianowicie w „ostatnich demokratycznych wyborach”. Druga połowa narodu, która nie poszła do urn tej niedzieli niestety nie będzie już miała okazji zagłosować demokratycznie. Żałujecie. To była właśnie „ta ostatnia niedziela”.
Zygmunt Freud, twórca psychoanalizy, badacz ludzkich myśli i snów, gdyby mógł dzisiaj skonfrontować te słowa z rzeczywistością, oszalałby z radości. Pani poseł nie pozostawiła nam złudzeń. Można tylko mnożyć pytania. Czy będą jeszcze jakieś wybory? Czy będą one niedemokratyczne, czyli częściowo wolne albo trochę wolne? Ale trochę wolne, to tak jakby być trochę w ciąży. I w końcu kwestia zasadnicza. Czy posłanka Pawłowicz nie wyszła przed szereg z tym "obwieszczeniem" w zawoalowanej formie, przed samego prezesa PiS? To on jest przecież specem od demokracji. Co na to wszystko Jarosław Kaczyński? Literę "I" już miał, a ktoś postawił za niego nad nią kropkę.
W zasadzie z ust polityków PiS rzadko pada słowo „demokracja”, ale jednak na piśmie u pani profesor padło. Tutaj liczy się odwaga. W samym cyklonie kryzysu konstytucyjnego, w Polsce dualnego prawodawstwa, kiedy demokracji chcą nas uczyć Stany Zjednoczone albo jacyś tam „gondolierzy weneccy”, pani poseł Pawłowicz otwiera jednym, krótkim zdaniem oczy niedowiarkom. Uderza z siłą co najmniej wodospadu.
Kiedy premier Szydło wiła się jak wąż przed Parlamentem Europejskim, przekonując, że demokracja w Polsce… (i kończymy frazes wszyscy razem). Podczas, gdy prezydent Duda nawijał makaron na uszy Komisji Weneckiej, a szef polskiej dyplomacji nerwowo odliczał godziny do wyjazdu jej przedstawicieli z kraju, posłanka Pawłowicz poczekała na odpowiedni moment i obnażyła całą prawdę.
W dalszej części wpisu pojawiają się tradycyjnie słowa: targowica, pokażmy tego dnia tym kodowskim zdrajcom, że jest nas więcej, niż na ich marszach. Zatem nic nowego. Subtelnie z delikatną nutką jadu.
Z tych wszystkich dywagacji wyłania się powszechnie powtarzana teza – światem rządzą kobiety. Joanna Szczepkowska zapisała się na kartach podręczników i taśmach telewizyjnych, jako ta pierwsza, która poinformowała państwa, czyli nas, że w Polsce skończył się komunizm. Natomiast wielki rozdział w historii kraju nad Wisłą zajmie Krystyna Pawłowicz obwieszczając na Facebooku, zgodnie z duchem czasu, że ostatnie demokratyczne wybory mamy już za sobą.
Sama premier Szydło dała zielone światło posłance PiS. Odpowiadając na pytanie internaty o wyjątkową swobodę wypowiedzi pani Krystyny, szefowa rządu (też z duchem czasu, bo na Twitterze), napisała, że mamy przecież wolność słowa.
Pani poseł, im więcej w pani odwagi (mamy wolność słowa), szczerości, czasem kokieteryjnej naiwności, tym więcej wieści prawdziwych dla tych prawdziwych i nieprawdziwych Polaków.
