Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu mogło się wydawać, że apokalipsa naszych czasów będzie miała w sobie coś… romantycznego i epickiego. Przeświadczenie to znalazło pełen oddźwięk w kulturze masowej, która powołała do życia wiele wybitnych dzieł sztuki, począwszy od książek, przez filmy, aż po porywające gry komputerowe. Tymczasem pierwsze symptomy zagłady mają, niestety, rys religijno-faszystowski. Nie ma dziś podstaw, aby sądzić, że podąży to w innym kierunku.
Pojęciowe kalki pchają intelektualistów i polityków w stronę poszukiwania źródeł odradzających się faszyzmów i religijnych fundamentalizmów w tym, co znają i znali do tej pory: kryzysie gospodarczym, nierównościach społecznych, źle pomyślanej edukacji. Instrumenty, których używają do wyjaśniania świata Anno Domini 2016, są – w gruncie rzeczy – instrumentami, których używano do opisywania koszmaru II wojny światowej. Już wtedy były one niewystarczające. Dziś stają się absurdalne.
Pierwotna przyczyna społecznej i kulturowej zapaści, którą od kilku miesięcy obserwujemy również w Polsce, musi mieć inny charakter. Dlaczego nie warto przynajmniej zadać sobie pytania, co jest rzeczywistym źródłem kryzysu. Kryzysu, który w rzekomo rozwijającym się świecie, nie miał prawa się pojawić. Ostatecznie, mimo mniej lub bardziej zasadnych zarzutów do neoliberalizmu, światowego wolnego rynku i globalizacji, grupy najbardziej wykluczonych nie były na tyle liczne, żeby spowodować światowy kryzys, czy tym bardziej rewolucję. (To nie wykluczeni mordują dziś ludzi).
Najbardziej prawdopodobną przyczyną odrodzenia demonów wydają się być nasze działania na i wobec Ziemi, których dopuszczaliśmy się w ciągu ostatnich dwudziestu, trzydziestu lat. W istocie mordercza eksploatacja na potrzeby frenetycznej konsumpcji była zbrodnią przeciwko ludzkości, którą zgodnie i we współdziałaniu przeprowadziliśmy. Jej bezpośrednim skutkiem jest ocieplenie klimatu i trwające już na dobre wyniszczanie kolejnych gatunków i ekosystemów.
Rabunek zasobów i zwykłe zbrodnie trwały od zawsze, ale dopiero wraz z przełomem XX i XXI wieku uzyskały walor prawomocności absolutnej. Ani na arenie międzynarodowej, ani w poszczególnych krajach politycy nie mogli wygrywać wyborów, nie oferując nieograniczonych możliwości wzrostu, co oczywiście czynili. Nie było tu zresztą różnicy między lewicą, prawicą czy liberałami. Nowo narodzeni faszyści oferują dokładnie to samo, polewając stary kawałek mięsa nowym sosem nienawiści.
Oczywisty fałsz tych możliwości miał i ma dwa wymiary. Pierwszy z nich – czysto fizykalny. Na Ziemi zaczyna brakować miejsca dla ludzi (o innych stworzeniach w ogóle nie mówimy, ponieważ po prostu odebraliśmy im prawo do życia). Zaczyna – w sposób oczywisty – brakować zasobów. Przy czym cały czas głosi się piramidalne brednie, że stłoczenie całej ludzkości na obszarze Australii i tak pozwoliłoby każdemu (łącznie z dziećmi) na posiadanie kilku hektarów Ziemi. Nikt nie ogląda się, że faktycznie poszczególne jednostki (nawet te najbiedniejsze) zawłaszczają sobie o wiele większy obszar i większą pulę kurczących się zasobów. Tłumaczenie tych zaszłości można zresztą sobie całkowicie odpuścić. Ludzie w swojej masie wierzą w naukę tylko wtedy, jeżeli dostarcza im natychmiastowej przyjemności i bezpośrednio zysku. Wierzą hydraulikowi, który wymieni im przeciekającą rurę, nie uwierzą klimatologowi, który mówi o klimatycznej apokalipsie.
Kryzys uchodźczy był szansą na obnażenie fałszu upatrywania wzrostu gospodarczego (czy w ogóle jakichkolwiek innych możliwych form rozwoju) w dalszym wzroście populacji. Nic takiego nie nastąpiło. Zamiast uznać, że nie możemy namawiać ludzi do płodzenia nieograniczonej ilości dzieci, cały czas – również w „lepszych” częściach świata – prowadzi się politykę zachęcania kobiet do rodzenia. Tragiczny, niemoralny program „500+” jest tu wyrazistym przykładem. W częściach „gorszych” rodzenie dzieje się samo, tak samo szybko jak śmierć w wyniku skrajnej nędzy czy niekończącej się wojny.
Zamiast zatem potraktować syryjską hekatombę tak jak na to zasługuje, to znaczy zamiast uznać ją za katastrofę w możliwie najszerszym znaczeniu słowa ekologiczną, rozpoczęto pijany polityczny taniec, w którym nawet między wierszami nie mówi się jakimkolwiek celu do osiągnięcia. Ciężar łagodzenia skutków katastrofy usiłuje się zepchnąć na obywateli sytej Europy. O rzeczywistych przyczynach wojny, którymi w części są działania elit świata Zachodu, w części problemy par excellence ekologiczne nie dyskutuje się w ogóle.
Wobec całkowitego zaślepienia tychże elit (szczególnie w Unii Europejskiej), wydaje się, że kwestie te należałoby tłumaczyć łopatologicznie. Najpierw mówimy ludziom – jedzcie i pijcie bez ograniczeń, w zasadzie zależy nam na tym, żebyście jedli i pili do chwili, kiedy wasze organizmy zaczną odmawiać posłuszeństwa, żeby w chwilę potem zaprosić na ucztę jej uprzednie ofiary. Ludzi, których kosztem jedzono i pito. Oczekiwanie od ucztujących, że przyjmą to z zadowoleniem, jest czystym samobójstwem, które w sposób zupełnie elementarny wychwytują partie pokroju PiS czy „Naszej Słowacji”.
Jeszcze większe spustoszenia poczynił model nieograniczonego wzrostu w wymiarze psychicznym, zarówno w odniesieniu do poszczególnych jednostek, jak i całych społeczeństw. Ludziom zaczęło się ulewać, ale jedynym sensem ich życia była praca na to, żeby im się ulewało. Dzieci porzucone na rzecz kompulsywnej konsumpcji, całkowicie przez tę konsumpcję wyniszczone i zdemoralizowane, zaczęły (jednak) poszukiwać idei niematerialistycznych. Nieustanny orgazm okazał się niemożliwy i nieakceptowalny.
Dzieci imigrantów, którzy we Francji czy Belgii przez dwa pokolenia pracowali na względny sukces, uciekły w stronę budowania para-religijnego królestwa władcy much. Młodzi Rosjanie, Polacy, Słowacy również padli ofiarą mitów, fantazmatów, kultów. Ostatecznie wszystkie te fantomy i tak mają charakter religijny. Bezrefleksyjna religijność złego Boga święci triumfy od Rakki przez Moskwę, po Warszawę. Religijność wchodząca w sprzężenie zwrotne z państwem nowego faszyzmu. Jego słowiańskie oblicze jest szczególnie wyraziste i ma wiele specyficznych cech. Zasadnicza cecha to gotowość do przemocy wobec wszystkich, którzy nie mają wystarczająco dużo siły, żeby na nią odpowiedzieć. Póki co przemocy głównie symbolicznej.
Nie sposób dołożyć czegoś nowego do wybitnych analiz totalitaryzmu czy źle pojmowanej religijności. A jednak do tej pory analizy te były praktycznie niepowiązane z kwestią umierającej Ziemi. Umierającej w sensie nienadawania się do zamieszkania przez ludzi. Zastrzeżenie takie jest konieczne, wobec tych wszystkich, którzy w porywach niezwykłej szlachetności gotowi są dziś uznać, że wyginięcie ludzkości (czy choćby utopienie jej w krwawych wojnach) nic z perspektywy życia na naszej udręczonej planecie nie zmienia (w domyśle – bakterie przetrwają).
Dlatego stawiam tezę, że nowy faszyzm, nowy triumf źle pojmowanej religii, są wynikiem fundamentalnego egzystencjalnego zwątpienia. Ludzie (ludzkość) mniej lub bardziej świadomie pojmują już, że nie ma dalszych możliwości rozwoju. Że nie będzie kolejnych atrakcji – domów, samochodów, kompulsywnej turystyki. Przede wszystkim zaczynają rozumieć, że dla dalszych ludzi (naszych dzieci) nie ma już miejsca. Nie ma pracy. Nie ma domów, nie ma zajęcia. Nie ma lasów, które można wyciąć, ryb, które można złowić, skał, które można rozbić w poszukiwaniu materiałów na kolejne wyniszczające gadżety. Gadżety będące rzeczywistą wersją zestawu „Perky Pat” ze znanej książki.
Kryzys, z którym mamy dziś do czynienia, jest masowym kryzysem o charakterze egzystencjalnym, uderzającym w fundament i tak wystarczająco absurdalnego istnienia. Nie ma żadnej przyszłości dla naszych dzieci. Dobijamy do punktu, w którym nośniki systemu nieograniczonego wzrostu – własność prywatna i pieniądze – przestają mieć znaczenie. Dekadencja zaczyna dotykać garstkę bogaczy, w których posiadaniu faktycznie znajduje się Ziemia. Oni również zaczynają zdawać sobie sprawę, że ich oparte na pieniądzach i nieustannym spektaklu panowanie ma sens tylko wtedy, kiedy można wyróżniać się wystarczająco z tłumu biedaków. Kiedy panowanie to można przekazać powołanym do życia następcom. Bogacze też mają dzieci i dzieci te nie mają przyszłości niemal w takim samym sensie, jak nie mają jej dzieci nędzarzy. Dziedziczenie traci sens, a to na dziedziczeniu opierał się system wzrostu. Własność była rytuałem.
Skoro nie ma przyszłości, własność, pieniądze i konstrukty prawa rzymskiego tracą znaczenie, można uciec tylko w jedną stronę. W stronę rytuałów, zemsty i rozpaczliwej przemocy wobec innych i wobec siebie. Nie jest to już nawet ucieczka od wolności. To coś więcej – to ucieczką w stronę agresji i autoagresji. (Ciekawym przykładem tej ostatniej jest wycinanie drzew w polskich miastach). Jest nas tak dużo, że staliśmy się więźniami. Ziemia jest zakładem karnym, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Różnica jest taka, że więzień zwykłego więzienia ma pewność, że któregoś dnia opuści mury więzienia (o ile nie odsiaduje bezwzględnego dożywocia). Więźniowie Ziemi mogą mieć co najwyżej poczucie winy. Mogą, ale nie mają.
Kiedy patrzę na rozpaczliwie smutne obrazki z europejskich gór, w których narciarze usiłują zjeżdżać sztucznie naśnieżonymi stokami pomiędzy usychającymi drzewami, zastanawiam się, gdzie leży granica wstydu, żalu, rozpaczy. Dlaczego nie wstydzimy się, że w wyniku naszych kompulsywnych działań, na naszych oczach, znikają kolejne gatunki zwierząt (a już niedługo również roślin)? Dlaczego nie czujemy żalu, że zniknęła zima? Zima, która nadawała sens wszystkiemu. Pozwalała odpocząć przyrodzie. Przynosiła ukojenie ciału i duszy .
Ze wszech miar, kultura, którą stworzyliśmy była kulturą lata. Susze mogły pustoszyć ziemskie raje, ludzie mogli głodować, samoloty spadać i rozbijać się, ale i tak najlepszą informacją była informacja o tym, że będzie upalnie. Akurat tej radości na pewno nam w najbliższych latach nie zabraknie.
Przykłady odrażającego rozpasania można oczywiście mnożyć, ilustrując je wydartymi morzu przysmakami, które tak ochoczo zamieszczamy na społecznościowych profilach. W świetle tego, co powiedziano wyżej, historia ludzkości ostatnich czterdziestu lat, to historia odzierania naszego życia z resztek sensu. Dziś sens ten zapełniają nowy faszyzm i zjadliwa jarmarczna religijność.
Dlatego, jeżeli chcemy jeszcze szukać jakichkolwiek rozwiązań dla Polski, Europy czy świata, zastanówmy się nad rzeczywistym źródłem problemów. Zacznijmy rozmawiać o przeludnieniu, hiperkonsumpcji, braku miejsca. Porozmawiajmy o ograniczeniu produkcji mięsa. Łajanie faszystów za to że są faszystami, umacnia jedynie ich siłę. Obracanie się w kręgu tych samych pojęć liberalizmu, państwa socjalnego, wolnego rynku, kapitalizmu, równości to pogoń za własnym ogonem.
Jeśli chcemy, również tu w Polsce, znaleźć przeciwwagę dla tłumów opętanych chęcią zemsty, musimy znaleźć koncepcję nowego człowieka i nowej polityki. Nie musi ona oznaczać odrzucenia dotychczasowych idei, ale powinna traktować je z dystansem. Punktem wyjścia musi być akceptacja porażki, którą odnieśliśmy żyjąc w dotychczasowym modelu, całkowicie trafnie określanym modelem nieograniczonego wzrostu. Nowy faszyzm i nowa religijność są jego bezpośrednimi produktami. Wobec ich czytelności i zdolności penetrowania umysłów, warto myśleć nawet nad pozornie absurdalnymi rozwiązaniami, skoro klasycznie w sposób oczywisty nie działają.
Nadzieja jest niewielka. Model nieograniczonego wzrostu to po prostu nasza biologia, której nie rozumiemy i nie akceptujemy. Biologia dostosowana do niewielkich stad małp zdolnych poruszać się na znaczne odległości w postawie wyprostowanej. Małp, których świat był niegdyś nieograniczony. Małp, za którymi nie nadążyła ewolucja. Dziś uratować mogłaby nas jedynie próba okiełznania tej biologiczności, nie dokonywana jednak za pomocą przemocy, ignorowania faktów, czy tworzenia kulturowych nakładek pokroju teorii gender (tak podatnych na gniew tłumu).
Nadzieja jest niewielka, ale ciągle jeszcze istnieje. Póki co, zapowiada się kolejny bardzo upalny dzień.
