PIERWSZY DZIEŃ głodówki minął bardzo dobrze. Dużo rozmów, spotkań, wywiadów. Brak odczuwania głodu. Prawie… Dużo picia wody. Jestem trochę osłabiony, rozproszony, wyziębiony. Warunki w namiocie są jeszcze tymczasowe. Mam już chętnego księdza do przynoszenia Komunii świętej. Nazwiska, znanego, na razie nie wymienię, bo kilku księży - z powodu obaw przed nieprzyjemnościami - odmówiło tej posługi lub nie podjęło tematu. Ludzie bardzo są dla mnie życzliwi, każdy pyta, jak się czuję, czy czegoś nie potrzebuję. Najbardziej wzruszył mnie dziś masaż pleców, a wieczorem dziewczyna, która przyniosła plastry rozgrzewające. Najbardziej rozbawił niemiecki dziennikarz, który wymyślił, że będzie przychodził codziennie, robił krótki wywiad i zdjęcie, żeby pokazać niemieckim czytelnikom zmiany i chudnięcie na twarzy, bo to ich wciągnie i zainteresuje. Jakaż niemiecka precyzja!
Policja, gdy dowiedziała się o głodówce wpadła w panikę służbistów: legitymowanie głodującego, za pół godziny karetka reanimacyjna z pytaniem. jak się czuję i czy jestem zdrowy. Jutro pewnie przyślą psychiatrę na badanie.
Okazało się, że nasz, mój i Dagmary protest głodowy jest pierwszym polityczno-obywatelskim protestem tego typu w Polsce od 1989 roku. Czyli musi źle się dziać w kraju, jeśli normalni ludzie robią tak desperackie rzeczy. Ludzie przychodzący do nas trzymają za nas kciuki, ale też bardzo się martwią. Pytają, jak długo zamierzamy głodować, czy nie obawiamy się utraty zdrowia i zagrożenia życia. Coraz trudniej odpowiadać na te pytania. Czuć w nich nie tylko lęk, ale też ludzką troskę, empatię, bezinteresowną miłość. I to jest pierwsza wielka wygrana naszej akcji. Rozbudziliśmy sumienia i dużo emocji, także agresję i krytykę. Ale dzięki temu sprawa TK i Konstytucji RP ożyła. jestem pewien zwycięstwa. Nie będzie łatwo, ale poradzimy sobie. Wspólnie. Silą naszej wspólnoty, miłości i hartu ducha.
DRUGI DZIEŃ głodówki. Noc przespana, ale trudna, kilka razy wstaję i ubieram się, a potem marsze kilkaset metrów do toalety. W namiocie nic nie widać, szukam po omacku rzeczy, potykam się o współdomowników. Rano zimno w namiocie: skończyła się nafta, piecyk wygasł. W uszach stopery, dzięki którym przespałem część nocy.
Odczuwam już głód i delikatne osłabienie. Większość dnia spędzam w ogrzewanym namiocie, żeby się nie wyziębić. Do południa zacna kobieta robi mi całościowy masaż i instruuje, jakie mam robić sam ćwiczenia, żeby ciało dobrze funkcjonowało. Duży kłopot z myciem. Brak intymności i prywatności. Z rana przemywam tylko twarz i dłonie. Dopiero gdy przychodzi Małgorzata i staje na warcie przy drzwiach namiotu, myję się dokładniej. Jest już suszarka do włosów. Policja co godzinę molestuje mnie pytaniem: „Jak się Pan czuję?” Czterech policjantów wciąż pilnuje mnie i namiotu, jest im zimno, stoją prawie w drzwiach i opowiadają branżowe dowcipy.
W ciągu dnia dużo gości: największym zaskoczeniem jest ks. Lemański, Iwona, potem Jacob, Rysiu, Piotr, przychodzą znajomi z drugiego KODowskiego namiotu, z którymi organizowałem pierwsze manifestacje KOD-u w Warszawie, wszyscy weterani i weteranki pikiety. Rozmowy poważne na tematy egzystencjalne, polityczne, o KODzie, o Polsce.
Rozmawiam chętnie i mam pogodny nastrój. Unikam polemik. Jestem ugodowy i pojednawczy. Słabnę i jestem coraz łagodniejszy. Bezbronny. W namiocie robi się jakby chłodniej. Próbuję się zdrzemnąć.
Pod wieczór dobrzy ludzie przynoszą lampy, latarki. Przyjeżdża namiot i 3 śpiwory z Wrocławia. Ale zostajemy w dotychczasowym namiocie, bo jest już zagospodarowany i większy, ogrzany. Pogoda chyba jest chłodniejsza, bo w namiocie robi się zimno. Grzejnik nie wystarcza, a inne albo zepsute, albo zbyt niebezpieczne. Idziemy spać z Heniem i Arkiem w dość chłodnym namiocie. Czujemy, że jest za zimno, ale musimy przetrwać, i próbować jutro załatwić więcej ciepła. W ogóle ciepło staje się kluczowe. Organizm jest osłabiony głodówką, ciągłym przebywaniem na dworze, w namiocie, brakiem odpoczynku i ciszy. Zaczyna się wchodzenie w fazę przetrwania. Najchętniej leżałbym w cieple i nic nie robił. Z rana złapałem się na myśli: ale jestem głodny, muszę zjeść porządne śniadanie. Byłem zaspany i półprzytomny, i w pierwszym odruchu zapomniałem o tym, że jestem na głodówce.
Ludzie coraz bardziej życzliwi, pełni troski i ciepła. Na noc wczoraj i dziś zostało oprócz mnie po 4-5 osób. Wcześniej zwykle bywało 2-3. Dziś politycy z Brukseli dzwonili do Polski pytać o głodówkę. Schultz, szef PE, podobno "ucieszył się" z tej akcji, bo szykuje rezolucje w sprawie demokracji w Polsce i przyda mu się przykład ekstremalnego protestu. To dopiero początek.
TRZECI I CZWARTY DZIEŃ głodówki. Dzieje się tak wiele, że nie nadążam z relacją. Dzisiaj mniej o zdarzeniach, a więcej refleksji o sensie głodówki. Słabnę też trochę, spada ciśnienie. Dzisiaj większość dnia spędziłem w namiocie. Przestają obchodzić mnie szczegóły. Czuję, jakbym szedł z psim zaprzęgiem przed siebie w pustce Arktyki. Można na biegun? Milczenie coraz głębsze. Niechęć do gadulstwa i banału. Ludzie tak wiele mówią, piszą. Ale rzadko to, co istotne. Trzeba robić jedno, a dobrze, z zaangażowaniem. W walce o demokracje niekiedy – tak jak dziś w Polsce - trzeba poświęcić czas, energię, może zdrowie, zaryzykować życie. Poświęcenie liczy się najbardziej. To kamień węgielny Konstytucji i niezależności Trybunału Konstytucyjnego. Słowa ludzi niezdolnych lub skąpych w poświęceniu są niewiele warte. To pustka, jałowa ziemia, z której nic nie wyrośnie.
Ludzie pytają mnie wciąż o sens mojego protestu, wielu ma łzy w oczach, wielu faktycznie poruszonych. Pytają, jaki mam scenariusz, jeśli nasz postulat publikacji wyroku TK przez premier Szydło nie zostanie spełniony. Odpowiadam, że jestem gotowy na wszystkie możliwe scenariusze. Jestem zdeterminowany i jeśli trzeba będzie, pójdę do końca - jeśli Bóg dopuści, bo przecież nie wiem, zupełnie nie wiem, jak będę myślał i czuł, jak decydował po 2, 3, 4 tygodniach. Ale wiem, że wszystko jest możliwe. Na razie jestem w bardzo dobrej kondycji fizycznej, psychicznej i duchowej. Jakbym był stworzony do tego maratonu. Nic mnie nie łapie, nawet katar.
Dzwoniła moja Mama. Przez kilka dni udało mi się ukryć przed nią fakt głodówki. Zapłakana, wstrząśnięta: "Syneczku, ty się mnie nigdy nie słuchałeś. Przecież ty już nie masz zdrowia i lat na takie głodówki. Wiesz, że oni nie popuszczą. Co wtedy...?"
Wczoraj przyjechała w nocy Dagmara Kołcz z Torunia. Głodujemy we dwoje. Świetna, wrażliwa, inteligentna dziewczyna. Jest szczupła. Nie wiem, jak to wytrzyma. Ale na pewno jest dziś jedną z najdzielniejszych Polek demokratek. Cicha bohaterka, która stawia swoje życie na szali w obronie tego, co nasze wspólne i zagrożone. Ciekawe, jak to jest, że nagle w środku Europy, w Polsce zagrożonej dyktaturą dwoje nieznanych sobie wcześniej ludzie otrzymuje ten sam impuls zaryzykowania zdrowia, prywatności i życia w obronie fundamentów państwa i praw obywatelskich swego kraju. Ona jest agnostyczką, on katolikiem. Zupełnie różni, a ten sam dziwny, tajemniczy impuls. Ja wiem, ze ten impuls pochodzi z naszych sumień, które dla wierzących są sanktuarium Ducha Świętego.
Spotkanie z Henrykiem Wujcem, współzałożycielem KOR-u i sympatykiem KOD-u. Henryk opowiada o głodówkach KORowskich, w których uczestniczył. Mądry i ciepły człowiek. Prosi, byśmy nie kładli życia na szali, ale zrobili głodówkę rotacyjną.
Pamięć słabnie, umysł z trudem chwyta ciągłość myśli, trudno słuchać w skupieniu. Trudno się pogodzić z utratą sił umysłowych. Ale to jeden z kosztów. Dawno nie czułem się tak wolny i szczęśliwy. Z każdym dniem i nocą staję się coraz wolniejszy, bardziej wyzwolony z fikcji, nałogów, przywiązań, jałowych myśli i działań. Zmęczony, osłabiony, wyziębnięty, rozproszony, bezdomny, ulicznik, wariat, szalony, obojętny zupełnie na hejt i niezrozumienie, coraz bardziej zdeterminowany, spokojny, tkliwy, czuły.
Sytuacja skrajna, dobrze przeżywana w słusznym celu może być i jest źródłem wielkiego głębokiego szczęścia. Przestaje być ważne, co się ze mną stanie. Ważny jest cel: nasze wspólne zagrożone dobro. Mój naród, moi Rodacy, Polska, Europa, wolność i godność ludzi. Chodzi o to, by państwo pomagało nam być wolnymi do miłości i twórczości, a nie żyć w strachu i tresurze do nienawiści i wrogości. Po to głodujemy dziś na ulicy w centrum Warszawy.
