W Polsce nagle nie zabrakło ludzi o lewicowych przekonaniach. Lewicowy „lud” jest i czeka, żeby zostać przekonanym. Tylko kto ma dla niego ofertę?

REKLAMA

Skoro partii mieniących się jako lewicowe nie ma w parlamencie, to logiczne byłoby, żeby inne ugrupowania sięgnęły po osierocony elektorat. Czy tak się stało?

.Staromodna

Nowoczesna i Zjednoczona Lewica miały bardzo zbliżony wynik w wyborach do Sejmu, ale lewicowa koalicja do parlamentu nie weszła, bo obowiązywał ją 8-procentowy próg wyborczy. Dziś Nowoczesna z powodzeniem ściga się z PO o miano głównej partii opozycyjnej, natomiast Zjednoczona Lewica de facto się rozpadła i na lewicy realizuje się popularny scenariusz „łączenia przez podział”. Ale Nowoczesna nawet po grudniowo-styczniowej hossie w notowaniach (pod 30%) nie zdecydowała się na ideową ekspansje. Ryszard Petru utwardził się na gospodarczo liberalnych pozycjach, co pokazują składane przez jego klub poselski projekty ustaw, np. nowelizacja ustawy o związkach zawodowych, na której suchej nitki nie zostawiło Biuro Analiz Sądu Najwyższego (napisali, że projekt ustawy jest „wybiórczy” i „nie powinien mu zostać nadany dalszy bieg legislacyjny”). Podczas gdy świat odrzuca reaganomikę i thatcheryzm, głównym tematem debat ekonomistów jest walka z nierównościami dochodowymi, bestsellerami w księgarniach są książki lewicowych ekonomistów (Piketty, Stiglitz), a niegdysiejsi piewcy neoliberalizmu nawracają się na ordoliberalizm, czyli społeczną gospodarkę rynkową (np. Jeffrey Sachs, który podsunął Balcerowiczowi tzw. doktrynę szoku lub prof. Marcin Król, który mówi wprost „byliśmy głupi”), to Petru konsekwentnie pokazuje oblicze prymusa Leszka Balcerowicza. Nowoczesna poszła więc w gospodarce zdecydowanie na prawo. Kwestiami światopoglądowymi Nowoczesna zajmować się natomiast nie chce. Szef Nowoczesnej wprost mówi, że nie będzie wprowadzał pod obrady sejmu projektu ustawy o związkach partnerskich, bo go to nie interesuje. Interesuje go liniowy VAT (czyli wyższy VAT np. na żywność, prasę i książki) i populistyczne likwidowanie finansowania partii politycznych. Po kilku miesiącach obecności w sejmie Nowoczesna jawi się bardziej jako Staromodna, która okopała się z pomysłami na politykę ekonomiczną sprzed trzydziestu lat, a sprawy świeckości państwa, praw mniejszości, praw kobiet etc. omija z daleka. Tym samym zamyka się na znaczną część mieszczańskiego elektoratu, który jest dla partii Petru naturalną bazą. Dlatego nie wróżę Nowoczesnej potwierdzenia formy ze styczniowych sondaży. Szklany sufit dla partii liberalno-centrowej to u nas około 15%, co pokazało doświadczenie Unii Wolności. Lewicowy wyborca nie ma zatem czego w „Staromodnej” szukać.

Platforma Obciachu

Przez dekadę to PiS był obciachowy. Teraz w niemodne buty weszła Platforma Obywatelska. Na własne życzenie. Gnuśność przejawiająca się w filozofii „ciepłej wody w kranie” i buta przedstawicieli władzy, którą można było słyszeć na taśmach kelnerów, ale także oficjalnie, np. „że nie ma z kim przegrać” - pozbawiła obóz PO nie tylko władzy, ale i wiarygodności. Dodatkowo, Platforma nie ma już monopolu na obronę przed PiS, tym bardziej, że ma swoje na sumieniu, bo to od jej anty-konstytucyjnych działań zaczęła się awantura o Trybunał Konstytucyjny (potwierdziła to Komisja Wenecka). Mieszczański, inteligencki, korporacyjny wyborca może teraz wybrać obrońcę przed „ciemnogrodem”. Może to być Nowoczesna, KOD, jakaś „nowa lewica”. W tych warunkach Grzegorzowi Schetynie nie pozostaje nic innego jak sięgnąć do źródeł, czyli do konserwatywno-liberalnego centrum. W tym centrum nie ma natomiast miejsca na „zachodnie nowinki” spod znaku „gay is ok[i][/i]”, feminizmu, rozdziału państwa od kościoła. Zresztą, na tym polu Platforma jest raczej skompromitowana, bo przez osiem lat pokazała co o owych „nowinkach” sądzi np. po wielokroć odrzucając ustawy o związkach partnerskich albo finansując Kościół Opatrzności Bożej i Fundusz Kościelny. Również z powodu deficytu wiarygodności próby konkurowania PO z PiS na płaszczyźnie szeroko pojętej sprawiedliwości społecznej, jak przy okazji głosowania ustawy „500 plus” (PO zgłosiła projekt dalej idący – 500 zł na każde dziecko), może co najwyżej budzić uśmiech politowania. Dla Polaków, których najwięcej w Polsce otrzymuje wynagrodzenie na poziomie poniżej 2000 zł na rękę (dominanta), rządy Platformy to zamrożenie płac w budżetówce, uśmieciowienie (dla PO vel. uelastycznienie) rynku pracy, prekaryzacja młodych. Nie ma zatem partia Schetyny dla lewicowego gospodarczo i liberalnego światopoglądowo elektoratu wiarygodnej oferty.

Prawica i Socjal

Prawo i Sprawiedliwość przejęła socjalny elektorat. A w Polsce ludzi ubogich, wykluczonych, potrzebujących wsparcia państwa, nieodczuwających fruktów z kapitalizmu i członkostwa w Unii Europejskiej (jak to trafnie ujął Jan Sowa: jak się nie ma za co dojechać do Warszawy z Radomia, to trudno docenić uroki Schengen) jest więcej niż by to mogło wynikać z perspektywy galerii handlowej. Wszak najczęściej wypłacane w Polsce miesięczne wynagrodzenie (dominanta) to 2469,47 zł brutto, zaś mediana (poniżej i powyżej mediany znajduje się po 50% wyższej i po 50% niższej pensji) to 3291,56 zł brutto, a uśredniona emerytura to 1666 zł brutto. Przy takich dochodach pytanie „Jak żyć?” nie śmieszy. Rodzinie z trójką dzieci o dochodach – powiedzmy – 2500 zł (a wielu ma mniej) dodatkowe 1000 zł naprawdę zrobi różnicę. Stąd, niech nie dziwi niemal 40-procentowy wynik Prawa i Sprawiedliwości w zeszłorocznych wyborach i raczej nieschodzące poniżej 30% wyniki sondażowe. Pomimo ewidentnego łamania Konstytucji, smoleńskiego szaleństwa, nacjonalistycznej nadbudowy, antyeuropejskości (a 81% Polaków popiera członkowstwo w UE), ministra z wyrokiem karnym, wzmożonego TKM-u, protestów KOD-u, pohukiwania Unii i afrontu USA. Dla wielu 500 zł więcej to realna poprawa bytu, a przede wszystkim pierwszy taki gest władzy od przeszło ćwierćwiecza. Oczywiście zasadne i potrzebne jest utyskiwanie, że to nie poprawi dzietności, że trzeba więcej żłobków i przedszkoli, budownictwa społecznego lub najmu instytucjonalnego, że z pustego i Kaczyński na naleje, że trzeba rozsądnej redystrybucji, a nie rozdawnictwa. Ale nie zmieni to faktu, że ludzie dostali coś od władzy, a wcześniej słyszeli zawsze, że trzeba zaciskać pasa i, że każdy sobie rzepkę skrobie. Dlatego biedni, wykluczeni, czyli elektorat socjalny głosowali na PiS. Ale na 500 plus obietnice PiS się nie kończyły. Mają być przecież jeszcze darmowe leki dla seniorów, płaca minimalna w wysokości 12 zł za godzinę, podwyższona kwota wolna od podatku PIT, przywrócony wcześniejszy wiek emerytalny. Jeżeli to się nie ziści socjalny elektorat od PiS się odsunie. Bo o takich obietnicach ludzie nie zapominają i wymagają ich realizacji. PiS objawił się jako lewica socjalna, ale dopiero po czynach ich poznamy. Nie wystarczy rozdać masę pieniędzy. Nie na tym polega sprawiedliwość i solidarność społeczna. Trzeba sensownie redystrybuować, prezenty sfinansować (bardziej progresywne podatki?), naprawić strukturę rynku pracy (śmieciówki), stymulować wzrost gospodarczy i podwyżki płac (wyższa płaca minimalna? podwyżki w budżetówce?), niwelować dystans prowincji od metropolii i zabrać się za kulejące usługi publiczne.

Jak nie oni, to kto?

Co z tego wynika? Że jest miejsce na dużą lewicową formację. Socjaldemokrację, lewicę, centrolew (jak zwał tak zwał) z odpowiedzialnym programem równościowym i solidarnościowym, postępową, modernizacyjną, proeuropejską. Gdzie ta lewica się objawi? W SLD? W Partii Razem? Pod przewodnictwem Barbary Nowackiej? A może jeszcze gdzie indziej? Pytanie pozostaje otwarte. Potencjał jest.

Artykuł ukazał się na portalu www.trybuna.eu