
Od dziesięcioleci Renault uparcie próbuje zbudować samochód klasy premium. Udało się to zrobić dość niespodziewanie dzięki nowemu modelowi Espace.
Espace od początku swojej kariery, czyli od 1984 roku, był czymś więcej niż tylko wzorcem dla powstającej klasy minivanów. Projekt Matry, który zlekceważyła grupa Peugeot-Citroen, stanowił sugestię nowego stylu życia, dostosowanego do radości, która manifestowała się często w ostatnich latach zimnej wojny.
Przez ponad trzy dziesięciolecia Espace zmieniał się wielokrotnie, odszedł między innymi od nadwozia z poszyciem zewnętrznym z tworzyw sztucznych. Najnowszy jednak… podobał mi się już na parkingu. To zdarza się rzadko. Masywna, ale proporcjonalna sylwetka, niebanalne detale i ten nos, niczym z hiperpociągu TGV.
Obszerna, przyjazna kabina kontynuuje trend rozpoczęty przy pierwszym modelu Scenic. Nie wiem dokładnie, na czym polega ten efekt, ale w kabinie minivana Renault rodziny zawsze czują się swobodnie. Tutaj, w sposób, który zadowoli wielbicieli nowoczesnych telefonów i tabletów, wygląd oświetlenia wnętrza, przyrządów, nastawy napędu itd. można konfigurować swobodnie, łącząc je w profile użytkownika. O sterującym tym wszystkim systemie dobrze świadczy fakt, że nawet taki wróg gier komputerowych jak ja potrafił całość opanować bez instrukcji obsługi.
Ale to tylko ułamek uroku tego auta. Najciekawsze jest to, jak jeździ. Nie tylko w trybie manualnym selektor biegów działa w kierunkach typowych dla auta wyczynowego (!), czyli ma minus do przodu, ale mięsistość układu kierowniczego i harmonijna, płynna praca zawieszenia mogą zawstydzić nawet niektóre modele BMW. Zupełnie się tego nie spodziewałem.
Wygląda trochę jak TGV, ale pod jednym względem jest od niego na pewno lepszy: boję się jeździć pociągiem, bo nie wiem, kto go prowadzi. A w nowym Espace tylko siłą dałbym się wypędzić z fotela kierowcy.
