Wbrew pozorom w odniesieniu do 99% populacji Ziemi jest to dość proste pytanie. 99% populacji Ziemi żyje po to, żeby w niewolniczej pracy pracować na 1% ludzi, którzy swoje zyski z niewolniczej pracy ukrywają w tak zwanych rajach podatkowych. Pojęcie raju podatkowego – samo w sobie niezwykle inspirujące – wyczerpuje niemal naszą wiedzę o człowieku. Nie potrafi on tworzyć żadnych rajów, ale potrafi je niszczyć. Jedynym rajem, jaki udało mu się stworzyć, jest właśnie raj podatkowy. Bardzo dobrze wychodzi mu również tworzenie piekła. Niedługo piekło pochłonie namiastkę jedynego znanego mu raju.
Znana klimatyczna i ekologiczna aktywistka Naomi Klein twierdzi, że niszczy nas kapitalizm. Wiele lat zastanawiałem się nad tym problemem i dziś uważam, że kapitalizm jest tylko nazwą dla behawioryzmu ultrainteligentnych małp, jakimi są homo sapiens. Tyko w tym modelu są w stanie funkcjonować w miarę zgodnie. Każdy inny (jak przede wszystkim komunizm) powoduje natychmiastową rzeź na skalę masową. Oczywiście nie znaczy to, że w kapitalizmie małpy się nie zabijają, ale agresja – jako zgodna co do zasady z modelem społecznym i ekonomicznym kapitalizmu – jest w miarę przewidywalna. Problem z kapitalizmem robi się wtedy, kiedy jego podstawowe niewypowiedziane założenie: zasoby są nieskończone, wali się w gruzy. Z czym mamy obecnie do czynienia.
Tak czy siak, 99% z nas wie, po co żyje. Rozterki filozofów i rozdmuchiwanie problemu egzystencji przez osoby podające się za funkcjonariuszy Boga, możemy dzięki temu traktować tylko jako rodzaj flirtu dla zabicia czasu. Jako realny problem istnieje on dla 1% ludzi, opisanych między innymi w „papierach z Panamy”. Wydaje mi się, że oni naprawdę nie wiedzą po co żyją i że musi to im przynosić wiele cierpienia.
Podoba mi się plastyczna nazwa afery – „Panama Papers”. Jak wiadomo, papier jest znakomitym nośnikiem wszelkich ludzkich głupstw i szaleństw. Stosunek ludzi do papieru jest ambiwalentny. Ludzie z jednej strony wierzą w dowolne deklaracje zapisane na papierze (na przykład, że są właścicielami jakiegoś tam obszaru Ziemi), z drugiej mają zupełnie w nosie, kiedy papiery ujawniają nieco ogólniejsze prawdy o ich życiu. W przypadku „Panama Papers” mamy do czynienia z drugim przypadkiem. Kwity panamskie objawiły nam prawdę o tym, że 99% ludności pracuje na 1% ludności i że jest to praca niewolnicza. Że wolny rynek, demokracja, programy telewizyjne i aplikacje na smartfony funkcjonują tylko po to, żeby mieszkańcy Ziemi, po obaleniu feudalizmu, niewolnictwa i niekontrolowanego dziewiętnastowiecznego kapitalizmu (oraz kilkunastu holokaustach) nie zorientowali się, że nadal są niewolnikami. Na szczęście kwestia ta jest do pominięcia.
W ostatnich dniach pasjami odświeżam sobie książki mistrza SF Philipa K. Dicka. Wielki amerykański mistrz rywalizujący w swoim czasie z naszym wielkim mistrzem Stanisławem Lemem, wydaje mi się nawet bardziej ponadczasowy. Zdaje się, nikt jak on nie rozumiał, że skłonność do odrzucenia realności (chciałoby się powiedzieć „realnego”) jest prawdopodobnie najsilniejszą z ludzkich potrzeb (silniejszą być może od głodu i strachu przed śmiercią, choć immanentnie z nimi związaną). Na marginesie warto zauważyć, że jest to dość silny i być może jedyny argument za istnieniem Boga (co zdaje się dostrzegał sam PHD).
Innymi słowy okazało się, że wolność ekonomiczną, polityczną, obywatelską, jakąkolwiek inną, ludzie oddadzą dobrowolnie za odpowiednią dawkę iluzji. Iluzji za którą zapłacą własną pracą ponad siły, życiem i zdrowiem własnych dzieci, czasem, który mogli z nimi spędzać i, last but not least, całkowitym wyniszczeniem środowiska naturalnego, w jakim przyszło im żyć. Przy czym ostatnie ze zjawisk jest o tyle ciekawe, że zaspokaja nie tylko potrzeby kapitalizmu, ale również przedziwną skłonność do lubowania się rodzaju ludzkiego w niszczeniu wszelkkich bytów ożywionych, czy to będą rośliny czy zwierzęta. Tak czy siak, w tym miejscu wracamy do realności, a może i nawet do realnego, ale to potrwa jeszcze chwilę. Pięć, dziesięć, może dwadzieścia lat.
Mimo wszystko już dziś 99% ludzkości wie, po co żyje. Żyje po to, żeby po całym tygodniu ciężkiej pracy na 1% ludzkości, odpalić weekendowy zestaw Perky Pat, a podczas urlopu udać się w „inne miejsce” i tam odpalić zestaw na dłużej, znacznie dłużej – tydzień lub dwa tygodnie. Koniec końców to ogromny komfort.
Zostawiając egzystencjalne rozterki 1% tych, którzy ciężką pracą zapracowali na swój społeczny status, i mogą nie wiedzieć, co kupić za zarobione pieniądze (wszak druga Ziemia nie istnieje), oddalam się do swoich obowiązków. Nigdy nie znajdowałem w sobie dość siły na przeniesienie w niedzielę. Choć wielu to potrafi, czego im z całego serca zazdroszczę.
