Ten dzień mija pod znakiem obchodów kolejnej rocznicy katastrofy smoleńskiej. Gdzieniegdzie nad ranem wyły syreny, w wielu miejscach były uroczystości. Media wspominają, relacjonują, interpretują. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że im więcej miejsca tej rocznicy poświęcamy, tym dalej jesteśmy od tego, co naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku.
96 osób tragicznie zginęło (choć ponoć jedna z nich poległa). Dlaczego? Przez kłótnie na najwyższym szczeblu Prezydent i Premier nie pojechali razem do Katynia. Tak to się zaczęło. Potem zaś nastąpił cały ciąg niekompetencji, bałaganu organizacyjnego, lekceważenia procedur, a w końcu zwykła buta wzięła górę. Przez chorą ambicję samolot podszedł do lądowania w warunkach, w których nikt normalny lądować nie powinien. I stało się to, co się stało. Osobisty dramat 96 rodzin. Wielki dramat całego kraju. Wszyscy do dziś ponosimy konsekwencje tamtej katastrofy i nic nie zapowiada tego, żebyśmy szybko się z niej otrząsnęli. I to bynajmniej nie tylko dlatego, że niektórzy zbijają na niej swój polityczny kapitał. Bo chyba nie jest dla nikogo tajemnicą, kto wciąż z tej tragedii wyciąga największe korzyści?
Katastrofy się zdarzały zawsze i zawsze zdarzać się będą. Mądre społeczeństwa na swoich katastrofach i tragediach się uczą. Nam przychodzi to z trudem. Bo jaką mamy rzeczywistość po 6 latach? Wciąż skaczemy sobie do oczu. Dziś nawet dużo bardziej niż wtedy. Procedury nadal mamy w nosie. Prawo depczemy. Lojalnymi amatorami zastępujemy fachowców.
Wieki temu Jan Kochanowski pisał:
„…Nową przypowieść Polak sobie kupi, Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”.
Zginęło 96 osób. I naprawdę niczego nas to nie nauczyło?
Iwona Leończuk
