Muszę przyznać, że przez ostatnie dwa dni nie śledziłem zbyt uważnie sytuacji w Polsce, a w szczególności tego, jak ją przedstawiają media narodowe. Nie chcę zrzucać winy na gospodarzy, Fundację Friedricha Naumanna, ale miałem trochę zbyt napięty harmonogram spotkań w Berlinie.

REKLAMA

Szczęśliwie wracam już do kraju i właśnie dowiedziałem się, że nieoceniony redaktor Pobudzin poinformował w Wiadomościach, iż do Berlina pojechałem, aby "donosić na Polskę". Przenikliwość pana redaktora jest jak zwykle porażająca. Muszę zatem dokonać auto da fe (bardziej swojsko: samokrytyki). Wyznaję zatem publicznie, iż przebywając w dniach 21 i 22 kwietnia 2016 roku w stolicy Republiki Federalnej Niemiec powiedziałem, że:

- Polska to nie Węgry, a Warszawa to nie Budapeszt, czym podważyłem najważniejsze sojusze Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej... nie, chyba już nie Ludowej. - Sytuacja w Polsce to "tymczasowe zamieszanie", czym podważyłem zaufanie do lidera wiodącej partii politycznej w Polsce. - Wygramy wybory i przywrócimy porządek konstytucyjny w Polsce, co wypełnia znamiona próby odsunięcia od władzy partii rządzącej. - Polski rząd zamierza zdzierać z każdej rodziny po 15 złotych miesięcznie na propagandę uprawianą przez Jacka Kurskiego, czym podniosłem poziom adrenaliny u redaktora Pobudzina i czego żałuję w sposób szczególny.

Wszystko to świadczy o mojej intencji szkodzenia Polsce, czego bardzo żałuję. Mam nadzieję, że moje szczere wyznanie i chęć poprawy umożliwią dostąpienie przebaczenia u redaktora Pobudzina.

Ulżyło.

Żarty żartami, ale sytuacja w Europie jest poważna i tego dotyczyła większość moich spotkań w Berlinie. Powiedzmy szczerze - Niemcy patrzą uważnie na sytuację w naszym kraju nie z powodu sympatii, bądź kierowani historycznymi urazami. Widzą ją w kontekście europejskich kryzysów. A Europa, co powiedziałem w Allianz Forum, jest dzisiaj na krawędzi.

Dzisiejsza Europa została wymyślona po II Wojnie Światowej. Ten kształt zapewnił Europejczykom pokój i dobrobyt, które w I połowie XX wieku nie występowały w nadmiarze. Kierunek ten był utrzymywany, a integracja pogłębiana przez pokolenie urodzone po wojnie. Taka Europa była obiektem marzeń i aspiracji mojej generacji Europejczyków mieszkających na wschód od linii Szczecin - Triest. I aspiracje te udało się zrealizować.

Dzisiaj jednak Unia Europejska, która jest istotą projektu europejskiego znajduje się w kryzysie. A właściwie w kilku poważnych kryzysach jednocześnie - ekonomicznym, demograficznym, walutowym, w kryzysie wartości i przywództwa.

Nadszedł czas na oddanie sterów nowemu pokoleniu. Nie tylko w Europie, ale także w Polsce. I to był główny przekaz, z jakim do Berlina pojechałem. Dlaczego? Skala wyzwań, które przed nami stoją, wymaga szeregu cech, których pokolenie polityków osiągających dzisiaj wiek emerytalny nie ma i mieć nie może.

Po pierwsze, nie można być mentalnym niewolnikiem przeszłości. Pamiętając o niej trzeba być w stanie zaprojektować nową przyszłość.

Po drugie, trzeba być w stanie wyjść poza utarte etykiety i kalki polityczne. Potrzebujemy dzisiaj rozwiązań dobrych, a nie jedynie chadeckich, socjalistycznych, liberalnych, czy konserwatywnych.

Po trzecie, trzeba mieć energię, a nie być zmęczonym ciągłym gaszeniem pożarów.

Po czwarte, trzeba rozumieć problemy i język pokolenia 20 oraz 30-latków. To oni są dzisiaj w najtrudniejszej sytuacji, to ich zaangażowanie i wiara w projekt europejski są dzisiaj konieczne.

Po piąte wreszcie, trzeba chcieć patrzeć w przyszłość za 40 lat. Powiedzmy sobie szczerze - trudno o taką refleksję u osób mających dzisiaj 60 lat.

W Europie nadszedł czas na zmianę. Tylko nie nazywałbym jej "dobrą zmianą", bo możemy Europejczyków wystraszyć.