
Zabawne są lamenty nad polskim nieczytaniem. Lewica, liberałowie i inni modernizatorzy, zdaje się, wierzą, że nieczytanie jest przyczyną sukcesu prawicy. Więcej, część postępowa, zaczęła lansować tezę, jakoby nieczytanie wpływało na nasze zdolności na rynku pracy, innowacje i inne takie. I to po dwudziestu latach wtłaczania ludowi, że humanistyka ogólnie jest psu na budę potrzebna, że w szkole trzeba się nauczyć jak pisać CV, jak i kiedy zdjąć czapkę przed pracodawcą.
W całej Polsce w ramach zakończonej i zamkniętej już modernizacji pobudowano ostatnio tyle bibliotek, że aż się mury uginają. W każdym razie znam miejscowość, gdzie się uginają, to znaczy mury zaczęły pękać od ciężaru książek i trzeba było rysę na murze zalepić specjalną masą, spiąć klamrą i zagipsować, żeby lud nie widział, że pęka. Nie tylko łby pękają od książek, okazuje się.
Do tych bibliotek prowadza się dziatwę szkolną, żeby zachęcić ją do czytania, jednocześnie w szkole lektury czytając we fragmentach, żeby ją do czytania jeszcze bardziej zachęcić. To ostatnie nie musi być prawdą, ale ponoć tak jest, że lektury czyta się i omawia tylko we fragmentach i że programy szkolne tak to właśnie przewidują. Jeśli jest inaczej, z góry przepraszam i proszę o pouczenie.
Z ostrożności nie czytałem w ogóle artykułów prasowych o nieczytaniu książek. Bałem się! Po prostu bałem się! Bałem się tez, które mógłbym tam odnaleźć. Bałem się ich straszliwej przewidywalności, wiecznego deja vu poglądów, nieustannego rytuału kompleksów. No dobrze, oszukuję, coś jednak przeczytałem. To co przeczytałem, mimo iż dotyczyło książek, nadawało się do dowolnego wpisu o polskiej kulturze, edukacji, a nawet polityce czy ruchu drogowym. Jest źle. Przestarzałe, nudne, bezużyteczne, niemądre i źle zorganizowane. Pasja czytania jest mordowana przez polską szkołę. W krajach skandynawskich jest lepiej. Dużo lepiej.
To, że to jest źle dla duszy, to wiemy, ale najgorsze, że podupadające czytelnictwo może zabić nienarodzoną jeszcze polską innowacyjność, że może (o zgrozo!) utrudniać zdobycie pracy. Od razu pomyślałem, że nic mi tak zdobycia pracy jak czytanie nie utrudniało. Czytanie książek odbija się bowiem na gębie refleksyjnym wyrazem tejże gęby, który raz dostrzeżony przez korporację (średnią i nieco wyższą kadrę kierowniczą), powoduje odruch wymiotny systemu, który to musi zatrutego przez literaturę osobnika wyrzucić z przewodu pokarmowego poprzez jamę gębową (jest jakaś tego zaleta, bo nieczytelnicy są przez korporację wydalani „właściwym” otworem).
Czytając myśli o nieczytaniu, które winny być wyryte i czytane złotymi zgłoskami, miałem nieodparte poczucie, że autorzy owych myśli nie zauważyli, iż paradygmat myślenia o Polsce uległ dość zasadniczej zmianie w ciągu ostatnich pięciu miesięcy, podobnie jak zmianie uległ paradygmat myślenia o czytaniu. Przynajmniej ten oficjalny.
Świętując dzień książki lewicowo-liberalno-postępowa część komentatorów ubolewała zatem nad nieczytaniem książek. Czyniła to po dwudziestoletnim mniej więcej zohydzaniu ludziom tak zwanej wiedzy zbędnej. Po cholerę człowiekowi jakieś tam kody, jakieś symbole i znaczenia, jakieś nazwy i daty. Trzeba się uczyć nie wiedzy samej, ale jak i gdzie jej szukać i jak agregować. Trzeba umieć korzystać z konta (wypełnionego po brzegi wirtualnymi pieniędzmi), komputera, Internetu, wiedzieć jak założyć firmę, a jeśli – ewentualnie się jej nie założy – jak napisać CV. No i trzeba umieć współpracować z innymi ludźmi. We wszystkich tych sprawach do dzisiaj humanistyka modernizatorom przeszkadzała. Czytanie książek w ową zbędność znakomicie się wpisywało.
No a potem przyszła prawica. W Dniu Książki nastąpił prawdziwy wysyp memów – prawica nie czyta. Prawica hajluje. Gdyby czytała, to by nie hajlowała. Ale i to kulą w płot. Prawica czyta i to dużo, może więcej nawet od lewicy. Bo czytać można różne rzeczy. Ludzie po pociągach, w drodze do pracy w ogóle dużo czytają. Jedni o wyklętych, drudzy o przeklętych, a jeszcze inni o dupie Maryni. Tych ostatnich jest, zdaje się, najwięcej.
Dlatego może warto by się zastanowić, czy warto nadal zachęcać do czytania. Koniec końców, autorzy wielu niewyobrażalnych rzezi byli humanistami z krwi i kości z doktoratami najlepszych uniwersytetów. Wielu z nich nie rozstawało się z książką i różnymi gazetami.
Tak czy siak etos czytania jako część etosu inteligencji musiał umrzeć jako etos inteligencki, a przywrócić go do życia jako etos masowy niepodobna. Przynajmniej nie w takiej wersji, jakby to widziała liberalna lewica, lewica demokratyczna, modernizatorzy, czy kogo tam sobie chcecie. Modernizatorom, którzy twierdzili, że czytać nie warto (a przynajmniej nie tyle, ile się czytało za komuny) dziś wydaje się, że przegrali, bo ludzie za mało czytali! Tak mi się przynajmniej wydaje, że im się tak wydaje. Mimo że są już stroną przegraną i najprawdopodobniej ich wizje świata (przynajmniej w Polsce) nie tylko, że się nie zrealizują, ale ulegną regresowi.
Na zakończenie drobna uwaga. Z Dniem Książki, jest tak samo jak z Dniem Ziemi, tylko że prawie odwrotnie. Nie czytamy przez 364 dni w roku, a w Dniu Książki udajemy, że mamy mieć jakiś tam imperatyw czytania. W przypadku Dnia Ziemi dewastujemy Ziemię 364 dni w roku i dokładnie to samo robimy w pozostały nam do wykorzystania dzień, który nota bene, ma chyba miejsce dzień przed Dniem Książki. Perwersyjna konsumpcja dóbr materialnych ściśle się łączy z nieczytaniem, choć promotorom i jednej i drugiej wszystko zlewa się w jedno - pożerana, wydarta morzu, ośmiorniczka, zagraniczna wycieczka na kredyt, książka tradycyjna i elektroniczna.
Tak czy siak na czytanie, podobnie jak na ratowanie Ziemi (w tym Polski), jest już prawdopodobnie za późno.
