Zdyszany mężczyzna z gębą taniego drania wpadł jak bomba do kancelarii adwokackiej. Nie zważając na sekretarkę, która nieudolnie naśladowała Rejtana, wbiegł prosto do gabinetu adwokata.
- Mecenasie, potrzebuję pomocy - wydyszał ciężko, opadając na skórzany fotel. - Co się stało? - Obrobiłem bank – wyznał mężczyzna przytulając do piersi płócienny worek wypełniony plikami banknotów – niestety ktoś włączył alarm. Goni mnie policja, zaraz tu będą. Musi mi Pan pomóc.
Na gospodarzu słowa bandziora nie zrobiły większego wrażenia. Niespiesznym krokiem podszedł do barku, z którego wyjął butelkę brandy z Jerez.
- Kieliszek dla kurażu – zaproponował? - Nie mamy czasu – zaprotestował nowy klient - musimy omówić, jak pan mnie z tego wyciągnie. - Proszę się zrelaksować – powiedział gospodarz tonem świadczącym o tym jak wiele może i potrafi – wszystko będzie załatwione zgodnie z prawem, a pośpiech jest dobry tylko przy łapaniu pcheł. - Ale oni znajdą przy mnie pieniądze – mężczyzna wskazał na trzymany przy piersi worek. Nie wywinę się z tego przed sądem. Ostatnie skazanie było oparte na dowodzie rzeczowym! - Szanowny pan raczy zapominać, że zgodnie z najnowszymi poglądami doktryny prawa karnego obywatel nie musi szanować wyroków wydawanych przez sądy, które nagminnie przekraczają swoje kompetencje - przypomniał mecenas sadowiąc się wygodnie w fotelu vis a vis. - Tak też kiedyś myślałem, ale potem za ostatni skok dostałem siedem lat, które musiałem odsiedzieć – mężczyzna tulący worek nie wyglądał na przekonanego. - Szanowny panie, z dobrą zmianą przyszło nowe. Dzisiaj na wiele spraw trzeba patrzyć inaczej. Nie zamierza pan chyba przejmować się z gruntu niesłuszną opinią grupy kolesi. - Ale to przecież sąd – z niedowierzaniem wyszeptał bandzior. - Proces, szanowny panie, to tylko zło konieczne, przez które trzeba przejść, jak przez ospę. Wyrok i tak nie ma żadnego znaczenia. Najważniejsze decyzje, są podejmowane gdzie indziej.
Rozmowę przerwał tupot nóg na korytarzu i do gabinetu adwokata wpadła grupa uzbrojonych po zęby policjantów.
− Jest pan zatrzymany do dyspozycji prokuratora - wrzasnął dowódca mierząc z Glocka do mężczyzny z workiem pieniędzy przy piersi. − No nie, to jest skandal! - ryknął mecenas zrywając się z fotela. − Ten człowiek jest przestępcą – zaczął tłumaczyć się policjant., który wstąpił do służby w okresie ancien regime. − Won mi stąd! – rozkazał mecenas. Zmiatajcie, bo zaraz was kopnę, a i tak mi nic nie zrobicie!
Oniemiali takim obrotem sprawy funkcjonariusze spuścili głowy i potulnie opuścili kancelarię.
- Teraz możemy zabrać się za omawianie linii obrony – zdecydował adwokat. Do winy może się pan przyznać, bo to nie ma żadnego znaczenia. Ważne żeby pan wyjaśnił, że jest ofiarą dawnego systemu. Zresztą to najszczersza prawda. Był wtedy szykanowany, czego dowodem jest wyrok. Musiał pan odsiedzieć całe długie siedem lat. W odosobnieniu nie myślał pan o niczym innym, jak o nadejściu dobrej zmiany. Potem zorganizujemy panu konferencję prasową w Sejmie. Opowie pan wszystko, jak na spowiedzi. O tym jak wtedy było panu źle, jak tęsknił pan za dobrą zmianą i jak dobrze jest panu teraz. Rozumiemy się? - A co z kasą? – zapytał bandzior, który patrzył na mecenasa jak w obraz i nagle, niczym lider opozycji, zobaczył światełko w tunelu. - Dobrze pan kombinuje. Tu jest najważniejszy punkt obrony. Pieniądze, należące do banku - niemieckiego zresztą - żerującego na nas wszystkich, zabrał pan w szczytnym celu, by pomóc w finansowaniu projektu rządowego „pięćset złotych na każde dziecko”. To prawie precedens Janosika, a w prawie karnym ważny jest zamiar. Rozumie pan? Przekaże pan na ten cel dobrowolnie sto tysięcy złotych. Zostanie panu ze dwa miliony – trafnie ocenił mecenas, zaglądając do worka. - Ale żaden sąd nie kupi takiego tłumaczenia, dostanę z dziesięć lat za recydywę. - Uspokój się pan! – zdenerwował się mecenas, który nie znosił mazgajów. Zaraz skontaktuję się z ministerstwem i z pałacem. W ramach prawa dobrej zmiany wstrzyma się wykonanie wyroku, potem ułaskawienie i dolce vita.
Kiedy koncepcja obrony ułożyła się w logiczną całość, na twarz bandziora wrócił zawadiacki uśmiech. Pociągnął długi łyk z kieliszka, poprawił się w fotelu i zapytał:
- I tak będziemy mogli robić przy każdym skoku? – spytał niedowierzająco. - Oczywiście! – przytaknął mecenas – przecież w końcu mamy dobrą zmianę, na którą wszyscy tak ciężko pracowaliśmy.
