REKLAMA

Pyzaty mężczyzna z przylizaną fryzurą sforsował drzwi gabinetu i ulokował się na leżance.

− Doktorze, nich mi pan pomoże – z błagalnym wyrazem twarzy zwrócił się do medyka. − Co się stało – spytał lekarz? − Przychodzą do mnie nocą – poskarżył się gość. − Duchy dawnych żon – spytał doktor, chcąc dowcipem rozładować atmosferę? − Nie, żona jeszcze nie dostała nominacji – zaprzeczył pacjent, nie poznając się na żarcie. Różni przychodzą. Wchodzą po zmroku, bo w ciągu dnia się wstydzą. Wyciągają mnie z łóżka, mówią przysięgam i rozpływają się w mroku. Nawet nie chcą zostać na filiżance herbaty. − To chociaż dni ma pan spokojne – ponownie spróbował rozładować atmosferę doktor. − Nie, dzień to też przekleństwo – zadygotał na złe wspomnienie mężczyzna. Pod mój dom przychodzą całe tłumy. Mają transparenty i krzyczą. Przysięgałeś, to się wywiązuj. Albo, jak coś obiecywałeś, to weź się teraz za robotę.

Lekarz zastanawiał się nad diagnozą i terapią. Doświadczenie podpowiadało mu, że najlepszym lekarstwem dla zestresowanego pacjenta, będą zmiana otoczenia, nowe zajęcia i odpoczynek.

− To może niech pan wyjdzie z domu. Lubi pan piłkę nożną, może pójdzie pan na mecz.

Mężczyzna zadrżał cały, jakby przypomniał sobie jakiś koszmar.

− Nie, w żadnym wypadku. Ostatnio gwizdali na mnie nawet kibole, a mnie się wydawało, że to moi sprzymierzeńcy.

Trudny przypadek myślał doktor, zastanawiając się, jak pomóc cierpiącemu.

− To może jakaś podróż, najlepiej zagraniczna – podpowiedział. − Nie – zaprotestował gość – drugi raz tego nie zniosę. Pojechałem niedawno do USA odwiedzić kolegę i wie pan co, on nawet nie chciał się ze mną spotkać. Potem w Internecie były memy, tak bardzo złośliwe, że płakać mi się chciało. Całą noc po powrocie musiałem twittować z dziewczynami. − Widzę, że lubi pan dzieci - chwycił się nowej koncepcji doktor. W ich obecności najlepiej się odpoczywa. Dzieci to przyszłość narodu. − Odpada, pan chyba nie pamięta, co one o mnie wypisywały w kiblu.

Lekarz powoli zaczynał żałować, że zamienił się z kolegą na dyżury. Pomny misji, której podjął się składając przysięgę, zaproponował kolejne rozwiązanie.

− Może spróbuje Pan sportu? − Co pan – obruszył się gość – w czasie ostatniego rajdu, gdy na prostej wyprzedzałem frajerów, którzy przestrzegają przepisów, złapałem gumę. Ledwie wyszedłem z poślizgu. − A jak pana życie rodzinne? − Daj pan spokój – rozdrażniony pacjent machnął ręką – żona prawie ze mną nie wychodzi. − Nawet do teatru - z niedowierzaniem ciągnął medyk? − Teatr odpada, przecież ja od kilku miesięcy gram i gram. Nawet poniedziałki mam zajęte.

Lekarz, który zdawał sobie sprawę, że sytuacja jest wyjątkowa, nagle zobaczył światełko w tunelu. Po długim namyśle rzekł:

− Panie Andrzeju, widzę że angażuje pan w swoją działalność cały organizm. Pana umysł nie kieruje ciałem. Nie wiedzieć czemu – mam nadzieję, że bezwiednie - wykonując zadanie główne, realizuje pan decyzje i zalecenia reżysera, także te błędne, a jest ich niemało. Niech pan zacznie czerpać z własnych punktów odniesienia. Może warto, wbrew Stanisławskiemu, postawić na umysł? Zalecałbym conieco improwizacji. Tak, czy siak, musi się pan przemóc i otworzyć się na ludzi. Da pan radę. Radzę spróbować, bo całe życie przed panem, Otwierając się na ludzi, także tych gorszego sortu, może zyskać pan ich przychylność i jak oni, cieszyć się. Mam dla pana radę. 7 maja w Warszawie będzie duży piknik pod hasłem „Jesteśmy i będziemy w Europie”. Niech pan wybierze się. Zobaczy pan wiele fajnych i uśmiechniętych twarzy. Już sam ten widok powinien panu poprawić nastrój. Obywatele, których pan spotka na Szucha uważają, że paraliż Trybunału Konstytucyjnego, który zafundowała nam władza wykonawcza i Sejm, oddala nas od Europy. Jestem pewien, że przyjdzie dużo pana znajomych. W tym gronie od razu zrobi się panu lepiej i stres minie, jak ręką odjął.

Dubois & Stępiński