Bardzo daleko odeszliśmy dzisiaj w Polsce od tego, co jest istotą i fundamentem wspólnej Europy. Szkoda, bo Unia Europejska to przede wszystkim wizja Europy bez wojen. Wizja, która miała i wciąż ma(!) zapewnić obywatelom Europy bezpieczeństwo. UE gwarantuje, że pomiędzy państwami-członkami nie tylko nie ma takiego konfliktu interesów, który doprowadziłby do wojny, ale, że w interesie tych państw, także w interesie ekonomicznym, jest utrzymanie pokoju.
REKLAMA
Ten porządek oparty na idei wspólnego interesu to wizja ojców założycieli, Schumana, Monneta, Adenauera i wielu innych odważnych polityków, którzy po doświadczeniu II wojny światowej rozumieli, że pokój nie jest dany raz na zawsze. Fakt, że od tamtych czasów minęło ponad pół wieku, nic nie znaczy. A może nawet znaczy tyle, że o Wspólnotę Europejską powinniśmy dbać jeszcze bardziej?
Po pierwsze dlatego, że ten projekt działa i zapewnia pokój w Europie i bezpieczeństwo Europejczykom. Po drugie dlatego, że wyrosły nowe pokolenia, nieznające wojny, a przez to nierozumiejące, po co właściwie powstała Unia Europejska.
Jeszcze kilka lat temu wyjaśnianie tego wszystkiego wydawało się niepotrzebne, tak oczywiste, że aż banalne. Ale dzisiaj, gdy prawicowi posłowie cieszą się na TT, że w Austrii wygrał (radość na szczęście była przedwczesna) ultraprawicowy przeciwnik UE i z nadzieją czekają na Brexit, trzeba chyba wrócić do fundamentów UE. Trzeba przypominać entuzjastom polityki obecnego rządu, że Unia to odpowiedź na dyktatora, który wiele lat temu w Niemczech wygrał demokratyczne wybory i swoją agresywną polityką zagraniczną doprowadził do II wojny światowej, w wyniku której zginęło ok. 50 mln. ludzi.
Ale są też mniej fundamentalne powody, dla których warto wzmacniać, a nie osłabiać pozycję Polski w UE.
Otóż stara zasada, wywodząca się z prawa rzymskiego mówi: Pacta sunt servanda - umów należy dotrzymywać. Polska - jako członek UE - jest zobowiązana przestrzegać prawa unijnego, które stoi ponad prawem narodowym, tak stanowią traktaty, stanowią też, że Unia to wspólnota państw demokratycznych. Jeden z nich - Traktat Lizboński - podpisał 13 grudnia 2007 r. Prezydent Lech Kaczyński. Jeśli jesteśmy członkiem jakiejś organizacji międzynarodowej, to albo przyjmujemy zasady, które w niej panują i przestrzegamy praw, które nią rządzą, albo nie wstępujemy do tej organizacji. Wydaje się naturalne i zrozumiałe. Ale nie dla wszystkich. Są nawet politycy, którzy - także z mównicy sejmowej - porównują Brukselę do Moskwy. To dyletantyzm historyczny, którego nie można jednak lekceważyć i trzeba potępić, bo Unia Europejska to polska racja stanu, a Związek Radziecki nigdy nią nie był.
Niestety, nie rozumie tego Premier Beata Szydło, która zaatakowała w Sejmie RP Wspólnotę Europejską, do której Polska przystąpiła dobrowolnie, ba! w drodze referendum, i dzięki której nasza ojczyzna rozwija się bezpiecznie, a nawet dynamicznie od ponad 10 lat!
Niestety, nie rozumie tego Premier Beata Szydło, która zaatakowała w Sejmie RP Wspólnotę Europejską, do której Polska przystąpiła dobrowolnie, ba! w drodze referendum, i dzięki której nasza ojczyzna rozwija się bezpiecznie, a nawet dynamicznie od ponad 10 lat!
Chyba, że ktoś zaprzeczy, że dynamiczny rozwój Polski w ostatnich 12 latach jest związany z wstąpieniem do Unii Europejskiej?
Wydaje się jednak, że teza wicepremiera Morawieckiego, że bez pieniędzy unijnych Polska mogła rozwinąć się w tym samym tempie, nie ma wielu zwolenników. Sam autor zresztą także nie jest do niej zbytnio przywiązany, skoro w swoim planie rozwoju Polski ujął 600 mld. zł., z czego zdecydowana większość to właśnie środki z perspektywy unijnej 2014-2020.
Dlaczego zatem PiS osłabia nie tylko naszą pozycję w UE, ale w ogóle Unię? Bo jest nie taka, jak byśmy chcieli? Bo za dużo w niej "lewaków", używając języka jednej z posłanek PiSu? Bo wielokrotnie wykazała się słabością, więc my także możemy ją lekceważyć?
Dlaczego zatem PiS osłabia nie tylko naszą pozycję w UE, ale w ogóle Unię? Bo jest nie taka, jak byśmy chcieli? Bo za dużo w niej "lewaków", używając języka jednej z posłanek PiSu? Bo wielokrotnie wykazała się słabością, więc my także możemy ją lekceważyć?
I może jeszcze ważniejsze pytanie, co Polska zyskuje na osłabianiu UE poprzez krytykę jej przywództwa, decyzji, procedur?
Czy nie lepiej być silnym, ale nie przez pokrzykiwanie i łamanie prawa, ale przez pracę w samej Unii na rzecz jej zmiany i wzmocnienia?
Przecież w wielu krajach członkowskich sympatie obywateli lokują się po prawej, a nawet ultraprawicowej stronie sceny politycznej. To może "prawaki" zastąpią "lewaków" także w UE? Być może wtedy będzie szansa na współtworzenie nowych zasad, praw, nowych sojuszy wewnątrz Unii? Bądźmy raczej budowniczymi silniejszej Unii, niż burzycielami porządku bez żadnej wizji "zamiast".
Przecież w wielu krajach członkowskich sympatie obywateli lokują się po prawej, a nawet ultraprawicowej stronie sceny politycznej. To może "prawaki" zastąpią "lewaków" także w UE? Być może wtedy będzie szansa na współtworzenie nowych zasad, praw, nowych sojuszy wewnątrz Unii? Bądźmy raczej budowniczymi silniejszej Unii, niż burzycielami porządku bez żadnej wizji "zamiast".
Tymczasem zawieramy sojusz z Wielką Brytanią, kontestującą swoją obecność we Wspólnocie i Węgrami, które kolaborują z Putinowską Rosją! To ma zapewnić nam bezpieczeństwo? Czy w głowach przywódców PiSu Polska jest tak wielka i silna, że poradzi sobie bez Unii? Że może sama sobie być sterem, żeglarzem, okrętem, bo pokona każdą burzę i zawieruchę?
Czy w ogóle jest ktoś, kto wie, co Polska zyskuje na awanturze, wywołanej przez rząd PiS? Tylko nie mówcie o wstawaniu z kolan, bo Polacy nigdy nie byli na kolanach. Polskę na kolanach widzieli tylko, w dodatku oczami chorej wyobraźni, politycy PiSu i wtłoczyli ten obraz do głów swoich wyborców. Ale przecież nie możemy żyć w oparach pisowskiego absurdu, bo niebawem będziemy mieli śródokresowy przegląd budżetu i negocjacje w sprawie nowej perspektywy unijnej! Chcemy mieć wpływ na to, jak będzie konstruowany i wydatkowany budżet europejski po 2020 roku, czy na złość Unii, PiS odmrozi uszy wszystkim Polakom?
