
Kwitnące kasztanowce zawsze przypominają, że właśnie dla młodzieży licealnej nadszedł czas matur. Wprawdzie ten felieton piszę już po zakończeniu tegorocznych egzaminów maturalnych, ale kasztanowce jeszcze gdzieniegdzie kwitną, więc mogę do tych egzaminów wrócić. Chcę o nich coś powiedzieć, ponieważ z tegorocznymi maturzystami miałem okazję przeprowadzić wiele osobistych rozmów i wiele korespondencji email. Pytali mnie głównie o to, jakie studia wybrać. Odpowiadałem, jak umiałem (mam nadzieję, że z pożytkiem dla tych młodych, zdolnych ludzi), ale zauważyłem coś niepokojącego.
Uważałem (i uważam nadal), że pomysł, by to właśnie licealista był w swoim środowisku ambasadorem pięknej polszczyzny, był znakomity. Licealista ma wiedzę o języku "na świeżo" przyswojoną, zna kanon lektur, jest w wieku, kiedy łatwo jest się do różnych rzeczy zapalić i "zarażać" swoim entuzjazmem innych. Ponadto byłem przekonany, że właśnie uczniowie łatwiej dotrą z tym przesłaniem do swoich nie uczących się rówieśników. Będą dla tych swoich koleżanek i kolegów bardziej przekonujący, niż dorośli, od których młodzież zawsze się dystansuje. Skuteczniej rozpowszechnią tę ideę także w różnych środowiskach, w których się wychowali, nierzadko daleko od miast uniwersyteckich czy nawet od małych miasteczek, w których często bywają doskonałe szkoły średnie.
