Kwitnące kasztanowce zawsze przypominają, że właśnie dla młodzieży licealnej nadszedł czas matur. Wprawdzie ten felieton piszę już po zakończeniu tegorocznych egzaminów maturalnych, ale kasztanowce jeszcze gdzieniegdzie kwitną, więc mogę do tych egzaminów wrócić. Chcę o nich coś powiedzieć, ponieważ z tegorocznymi maturzystami miałem okazję przeprowadzić wiele osobistych rozmów i wiele korespondencji email. Pytali mnie głównie o to, jakie studia wybrać. Odpowiadałem, jak umiałem (mam nadzieję, że z pożytkiem dla tych młodych, zdolnych ludzi), ale zauważyłem coś niepokojącego.

REKLAMA
Chodzi o pogarszającą się wśród młodzież umiejętność formułowania myśli w języku polskim. Mówię o tegorocznych dobrych maturzystach, bo głównie tacy szukają u mnie rady, jakie wybrać studia na naszej dobrej uczelni. I tu najpierw muszę pochwalić wyraźnie poprawiający się poziom ich matematycznego przygotowania. W podobnej porze roku dwa lata temu komentowałem (bardzo krytycznie) ówczesny poziom wiedzy maturzystów z matematyki. Z przyjemnością stwierdzam (na podstawie własnych kontaktów z maturzystami), że w tym zakresie nastąpił znaczący postęp!
Natomiast pogorszyła się - powtórzę to jeszcze raz - umiejętność mówienia, a zwłaszcza pisania w języku polskim. I to u ludzi, którzy kilka dni temu zdali maturę z języka polskiego, często z bardzo dobrym wynikiem!
O tym także pisałem już na tym blogu, ale to, co obecnie obserwuję - naprawdę bardzo mnie smuci.
Zacytuję może najpierw fragment tej mojej wypowiedzi sprzed trzech lat, bo warto go przypomnieć:
"Czy powinienem się na ten temat wypowiadać? Wszak wszyscy wiedzą, że jestem inżynierem: automatykiem, informatykiem, specjalistą od inżynierii biomedycznej. W tamtych obszarach mam prawo zabierać głos i o czymś PT Czytelników powiadamiać, coś popularyzować…
Język powinienem zostawić polonistom!
Otóż niezupełnie.
Miałem w życiu różne przygody, ale jedną z najdziwniejszych była ta, podczas której w sposób zaskakujący dla mnie samego wygrałem ogólnopolski konkurs:
logo
I to wygrałem go w dość dobrym towarzystwie
logo
logo
Wobec tego nie jako profesjonalista, ale jako miłośnik języka polskiego pozwolę sobie na pewne spostrzeżenie. Zanim je jednak przytoczę pragnę podkreślić, że moja uwaga nie odnosi się do wszystkich (po włosku tutti) znanych mi maturzystów, lecz dotyczy znacznej ich części (po włosku buona parte). Podaje te włoskie terminy, bo dla zaakcentowania tego, co chcę przekazać, przywołam tu znaną anegdotę:
Na jednym z balów po zdobyciu Mediolanu Napoleon (który jako Korsykanin mógł być uważany zarówno za Francuza, jak i za Włocha) odezwał się arogancko do włoskiej damy:
- Gli Italiani sono ladroni . (Włosi to łajdaki)
Na co ona odparła z uśmiechem:
- Non tutti, ma buona parte (nie wszyscy lecz większa część)
Chodziło oczywiście o grę słów, bo w oryginale nazwisko Napoleona brzmiało Buonaparte, więc wypowiedź zawierała sugestię, że to właśnie on sam jest tym łajdackim Włochem.
No więc wystrzegając się napoleońskiego błędu nadmiernego uogólnienia - ja pozwolę sobie od razu zaznaczyć, że to, co powiem, nie dotyczy wszystkich maturzystów "ma buona parte".
Otóż obserwuję, że młodzi ludzie mówią niestarannie, nie dbają o formę wypowiedzi, koncentrują się nawet w mowie na przekazaniu informacji (jak w email czy w sms), natomiast całkowicie lekceważą formę. Szczególnie źle to wygląda w wypowiedziach pisanych. Tutaj wiara w funkcjonowanie różnych informatycznych narzędzi sprawdzających na bieżąco poprawność pisowni prowadzi często do uproszczonego myślenia: "Skoro edytor żadnego słowa nie podkreślił, to znaczy, że napisane jest poprawnie".
Nic bardziej mylnego!
Słowo może figurować w słowniku, a jednak w tym miejscu i w tym kontekście będzie błędne.
Rozważmy konkretny przykład. Ostatnio dużo się mówi o programie 500+. I w wielu wypowiedziach (a także, co gorsza, w niektórych tekstach pisanych) pojawia się zwrot:
500 złoty
Żaden automatyczny program tego nie zakwestionuje, a jednak jest to ewidentny błąd, bo każda osoba chociaż trochę znająca język polski wie, że mówimy jeden złoty, dwa złote, ... ale już pięć złotych - i tak już do końca.
Gdyby to dotyczyło tylko tego jednego zwrotu, wyjątkowo często mylonego - to można by było zbyć to wzruszeniem ramion. Tak jak uodporniłem się już na nagminne używanie przez studentów określenia "labolatorium". Tłumaczę i perswaduję, że mówi się (i pisze) laboratorium, bo pochodzi to od łacińskiego słowa "labor" czyli "praca". A gdy studenci patrzą na mnie jak na wariata (kto w dzisiejszych czasach wspomina o łacinie??!), to odwołuję się do źródłosłowu angielskiego (ten język wszyscy szanują!). Po angielsku "praca" to także "labor", a więc "pracownia" to "laboratorium", nie inaczej. Ale błąd językowy jest tak częsty, że gdy student prosi mnie o wskazanie drogi do "labolatorium" to tylko ciężko wdycham i mówię: "Trzecie drzwi po lewej stronie".
Wracając do tych nieszczęsnych "500 złoty". Może bym się do tego także przyzwyczaił. Ale oto dalsze przykłady dotyczące złotówek:
-Prezydent jednego z miast wypowiadał się wczoraj w telewizji o dużej inwestycji wartej 10 milionów złoty...
-W reportażu o cenach warzyw zapytany sprzedawca odpowiedział : kilogram pomidorów za 8 złoty...
Czy jest rzeczą słuszną, żebyśmy tak poniewierali i lekceważyli własny język?
Przecież język to nie tylko system komunikacji, służący do wymiany wiadomości. To także nośnik dóbr kultury (poezja, teatr, literatura) i ważny składnik tożsamości narodowej. Nie przypadkiem zaborcy dokładali starań, by niszczyć język polski, bo wiedzieli, że jest on nośnikiem polskiego patriotyzmu. Za posługiwanie się językiem polskim można było dostać rózgi w szkole lub dymisję w pracy. A jednak Polacy walczyli o swój język, wiedzieli bowiem, że był on warunkiem odzyskania niepodległości.
Tymczasem w niepodległej Polsce my sami ten język psujemy przez zwykłe wygodnictwo, niedbalstwo, zaniedbania i zaniechania.
Na początku 2015 roku w jednym z krakowskich liceów powstała inicjatywa zatytułowana „Młody człowiek ambasadorem pięknej polszczyzny”. Poproszono mnie, żebym objął tę akcję moim patronatem:
logo
Zgodziłem się na to z pełnym przekonaniem.
Uważałem (i uważam nadal), że pomysł, by to właśnie licealista był w swoim środowisku ambasadorem pięknej polszczyzny, był znakomity. Licealista ma wiedzę o języku "na świeżo" przyswojoną, zna kanon lektur, jest w wieku, kiedy łatwo jest się do różnych rzeczy zapalić i "zarażać" swoim entuzjazmem innych. Ponadto byłem przekonany, że właśnie uczniowie łatwiej dotrą z tym przesłaniem do swoich nie uczących się rówieśników. Będą dla tych swoich koleżanek i kolegów bardziej przekonujący, niż dorośli, od których młodzież zawsze się dystansuje. Skuteczniej rozpowszechnią tę ideę także w różnych środowiskach, w których się wychowali, nierzadko daleko od miast uniwersyteckich czy nawet od małych miasteczek, w których często bywają doskonałe szkoły średnie.
Niestety, o inicjatywie tej trzeba dzisiaj mówić w czasie przeszłym niedokonanym. W liceum, w którym inicjatywa się zrodziła, zaszły personalne zmiany, w wyniku których inicjatorkę tej godnej pochwały akcji pozbawiono jakichkolwiek możliwości działania.
No i będą nam rosły kolejne pokolenia młodzieży coraz lepiej znające język angielski (to dziś warunek kariery w większości dziedzin) i nawet nareszcie wyedukowane w zakresie języka matematyki - ale coraz marniej posługujące się językiem rodzimym. I może już niedługo polski inteligent będzie potrzebował słownika (oczywiście komputerowego!), żeby przeczytać "Pana Tadeusza", a czytelników "Trylogii" będzie się odnotowywać w księdze rekordów Guinnessa...