Pamięci Fiedi Dobrowolskiego

REKLAMA

My żyjemy dalej. Czytamy albo piszemy wiersze. Wpatrujemy się w piękne kobiety, uśmiechające się do nas z okładek kolorowych magazynów. Rozmyślamy o przyjaciołach, wracając przez całe miasto drżącym z zimna tramwajem i żyjemy dalej.

Czasem dostrzegamy drzewa które gołymi czarnymi rękami podtrzymują nieskończony ciężar nieba albo załamują się pod tym ciężarem, przypominającym nocami ziemię. Dostrzegamy też powalone drzewa. Żyjemy dalej. My, z którymi tyle rozmawiałeś o współczesnym malarstwie albo z którymi piłeś piwo na rogu Newskiego Prospektu, wspominamy cię rzadko. A kiedy już wspominamy, to robi się nam żal nas samych - naszych zgarbionych pleców, fatalnie pracujących serc, które biją w klatkach piersiowych za mocno i to już przy trzecim piętrze. I każdemu przychodzi do głowy, że pewnego pięknego dnia z tym jego sercem stanie się coś niedorzecznego i wtedy wyciągnie się osiem tysięcy kilometrów na zachód od ciebie na brudnym asfaltowym trotuarze, wypuszczając z rąk książkę, a ostatnim, co zobaczy, będą przypadkowe zaniepokojone twarze, przypadkowy blok i zawieszony na przewodach skrawek nieba. Nieba opierającego się o te same drzewa, które czasem dostrzegamy.