„Nie poprę kandydata mojej partii, bo mentalnie nie nadaje się on do pełnienia urzędu” – powiedział znany polityk, a jego słowa powtórzyły skwapliwie wszystkie większe telewizje gazety. Jak łatwo zgadnąć, coś takiego nie mogło wydarzyć się w Polsce. I rzeczywiście.
To się zdarzyło w Ameryce.
W miniony wtorek na Brooklynie Hillary Clinton uroczyście świętowała nominację Demokratów. Już wiadomo, że to właśnie ona będzie reprezentować partię w wyborach prezydenckich. Przesądziło o tym ponad 3 mln głosów, którymi zwyciężyła w prawyborach nad kontrkandydatem – Berniem Sandersem. Niektórzy wyborcy są tym rozstrzygnięciem mocno rozczarowani, ale jak na razie czas socjalistów jeszcze w Ameryce nie nadszedł. niektóre z postulatów Sandersa włączyła do swojego programu Hillary.
Natomiast w GOP jak na razie nikt jeszcze niczego nie świętuje. Donald Trum ciągle nie ma pewności, czy już powinien otwierać szampana. Kłody pod nogi rzucają mu elity z jego własnej partii. Autorem bezkompromisowej deklaracji przytoczonej na wstępie jest senator Mark Kirk. Republikanin.
Podobne opinie nie są w GOP odosobnione. Otwarcie wygłaszają je również inni prominentni przedstawiciele Starej Dobrej Partii, w tym Paul Ryan, Lindsay Graham czy Newt Gingrich.
A przecież „suweren” zdecydowanie i jednoznacznie popiera Donalda!
Czyżby nominacja Trumpa faktycznie mogłaby więc stanąć pod znakiem zapytania? I czy to w ogóle możliwe, skoro wyniki prawyborów nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości co do popularności Trumpa wśród „zwykłych” Amerykanów?
Otóż –to jest możliwe. A to dlatego, że autorzy amerykańskiej Konstytucji wiedzieli o swoich rodakach coś, co dziś jest nawet bardziej aktualne, niż było dwa stulecia temu. Amerykanie to ludzie dzielni, przedsiębiorczy i posiadający jako naród wiele innych zalet. Niemniej jednak – jakby to powiedzieć, żeby nikogo nie urazić – są oni wyjątkowo wręcz „praktyczni”.
Nie bez powodu intelektualizm jest tu raczej wadą, niż zaletą, wykształcenie ceni się tylko o ile jest ono „praktyczne”, a „jajogłowy”, to bynajmniej nie komplement.
Owszem, Stany to wciąż kuźnia noblistów i centrum rozwoju światowej nauki i technologii. Amerykańskie uczelnie ciągle okupują prawie wszystkie miejsca w czołówce rankingów najlepszych szkół wyższych.
Niemniej, subtelne dyskusje o najnowszych trendach w filozofii, socjologii czy literaturze to zajęcie dość ściśle ograniczone do kawiarni Manhattanu. Generalnie zaś, Ameryka jak była, tak pozostała miejscem, gdzie naród zamiast czytać poezję raczej grilluje, pije piwo, słucha muzyki contry i ogląda reality shows w tv.
Oczywiście rządzą Stanami wąskie, obejmujące nie więcej niż 10 procent obywateli, elity finansowe i intelektualne. Tyle tylko, że rozumiejąc, kim rządzą, zachowują tę swoją elitarność dla siebie, co doskonale ułatwia organizacja amerykańskiego społeczeństwa. W teorii jest ono „bezklasowe” , ale w praktyce doskonale rozwarstwione. Do tego stopnia, że przedstawiciele różnych „klas” niewiele o sobie wiedzą, bo w codziennym życiu niemal się nie spotykają. Więc kiedy politycy muszą wyjść do ludzi starając się wyglądać i zachowywać, jak elektorat, mają z tym niejakie trudności.
Tylko nielicznym przychodzi to stosunkowo naturalnie. Najczęściej tym, którzy – jak Trump – są tylko bogaci. Dla innych – jak dla Hillary Clinton, też bogatej, ale poza tym doskonale wykształconej przedstawicielki wyższej klasy średniej – to znacznie trudniejsze. Hillary zdecydowanie nie jest bowiem „dziewczyną z sąsiedztwa”.
To między innymi właśnie dlatego jest ona „nielubiana” przez amerykański „lud”, i uchodzi za „nieszczerą”.
Elity partii republikańskiej, które powinny teraz poprzeć Trumpa, reprezentują te same kręgi społeczne, co Hillary. Trump nieustannie kompromituje więc swoją partię w kampanii eksponując na każdym kroku ową „prostotę”, za którą tak kocha go amerykański „lud”. Można by sądzić, że jest to prostota udawana na potrzeby polityki. Ale zgorszenie republikańskich notabli sugeruje co innego. U Trumpa jest to – zdaje się - cecha autentyczna. W Stanach, kraju karier „od zera do milionera” pieniądze niekoniecznie oznaczają bowiem „ogładę”.
Tymczasem prezydent o mentalności „typowego Amerykanina” może być, niestety, niebezpieczny nie tylko dla wizerunku GOP-u i Ameryki, ale też dla reszty świata.
Powie ktoś – w czym problem? Stanami przez dwie kadencje rządził przecież George Bush Młodszy. Też – skądinąd – Republikanin. A świat jednak przetrwał…
Owszem – jakoś się udało. Nie licząc idiotycznej wojny, koszmarnego długu publicznego i kryzysu, który nastąpił zaraz potem. Poza tym Bush Junior, czego by o nim nie powiedzieć, pozostawał jednak po niejaką kontrolą partyjnych elit, co i tak nie zapobiegło przecież większości nieszczęść związanych z jego prezydenturą.
GOP odebrał tę lekcję, i wyraźnie nie ma ochoty na następną. Tym bardziej, że sama kampania Trumpa już przyczyniła się do kompromitacji Republikanów w społeczeństwie i na świecie, ujawniając takie wstydliwe cechy republikańskiego elektoratu, jak skrajna hipokryzja, brak tolerancji, fundamentalizm populizm, i – niestety – rasizm. Stara Dobra Partia okazała się partią ludzi o – nazwijmy to – wyjątkowo ograniczonych horyzontach. Dla elitarnego ugrupowania propaństwowych, broniących „ wartości” , tradycji i dobrych obyczajów konserwatystów to – niestety – ogromna porażka.
Poza tym Trump, choć startuje z listy GOP-u, jest – w zasadzie – politykiem niezależnym nie tylko od konserwatyzmu, ale też od partyjnych elit.Jego rządy mogłyby więc oznaczać kres dwupartyjnego systemu politycznego Ameryki i ostateczną marginalizację Partii Republikańskiej.
Część co bardziej przyzwoitych i odpowiedzialnych Republikanów nie chce więc poprzeć takiego kandydata, i to pomimo jednoznacznego stanowiska „suwerena”.
Na takie rzadkie okazje Konstytucja amerykańska posiada rozwiązanie w postaci „ głosów elektorskich” (electoral vote). Bo owszem, prezydenta wybiera naród (popular vote). Ale kandydata wskazują partyjne elity. Taki antypopulistyczny hamulec bezpieczeństwa zainstalowali w amerykańskim systemie wyborczym autorzy Konstytucji, którzy – jak widać – doskonale znali swoje społeczeństwo.
Do tej pory korzystano z tej możliwości zaledwie cztery razy. Ostatnio w przypadku Busha Juniora. Czy Trump będzie kolejny? Raczej nie, bo oprócz poparcia elektoratu ma też odpowiednią do nominacji liczbę głosów elektorskich. No a poza tym jest w tej chwili jedynym kandydatem GOPu.
Niemniej wypowiedzi takie, jak senatora Kirka sugerują, że część republikańskich elit może się od Trumpa odciąć, co osłabi jego pozycję w konfrontacji z kandydatką Demokratów.
Co zrobi wtedy republikański „lud”? Cóż – być może mimo wszystko Trumpa „kupi”.
A wtedy Ameryka prawdopodobnie zmieni – po raz pierwszy od niepamiętnych czasów - swój system polityczny, z dwupartyjnego ( coś jak u nas PO-PiS) na czteropartyjny. Powstanie nowa, populistyczna partia Trumpa, a przy okazji podzielą się zapewne również Demokraci, których „lewe skrzydło” przejdzie oficjalnie pod sztandary Berniego Sandersa.
No, chyba że amerykański „lud” jednak Donalda nie „kupi”.
Co do mnie, to cokolwiek by się nie działo, i tak będę głosować na Hillary Clinton.
