REKLAMA

Wszystkie zmiany dokonujące się w Polsce po ostatnich wyborach, podejmowane są w imieniu suwerena, czyli podmiotu sprawującego niezależną władzę zwierzchnią. Suwerenem można zostać w wyniku dziedziczenia tronu, zamachu stanu lub rewolucji albo politycznego wskazania. A także demokratycznych wyborów.

Nasz suweren, na którego tak chętnie powołują się liderzy dobrej zmiany, robi z państwem i prawem co chce, choć w wyborach zdobył zaufanie ledwie ok. 5.7 milionów obywateli uprawnionych do głosowania w sytuacji, podczas gdy na pozostałe partie, które przekroczyły poziom 5% głosów, głosowało ponad 8 milionów rodaków. Procentowo suweren otrzymał nieco ponad 37% głosów, a w/w partie ponad 53%. Kiedy przywoła się wynik wyborów z czerwca 1989r widać, że suweren suwerenowi nierówny. Wyniku ostatnich wyborów nikt nie kontestuje, bo nieobecni przy urnie sami sobie winni. Nie oznacza to jednak, że obywatele utracili prawo do dyskutowania z suwerenem nad kierunkiem, stylem i głębokością zmian prawa, które wdraża. Kiedy zdaliśmy sobie sprawę ile wolno naszemu suwerenowi, popadliśmy w kasandryczny nastrój, którego owocem jest niżej opisane zdarzenie.

Telefon dzwoni natrętnie. Mężczyzna przeglądający akta leżące na biurku stara się zignorować natręta, jednak dzwonek dzwoni, jak najęty. Ta próba sił trwa kilka minut. W końcu zrezygnowany kapituluje i podnosi słuchawkę.

- Dzień dobry panie sędzio – mężczyzna rozpoznaje głos, który przez lata powracać mu będzie w pamięci, jak najczarniejszy sen. Czy zapoznał się pan już z aktami sprawy oskarżonego Trybunalskiego?

Zniesmaczony sędzia zwleka z odpowiedzią, licząc na cudowne przerwanie rozmowy przez operatora. Poczucie niezawisłości podpowiada mu, by nie udzielał informacji na temat prowadzonej sprawy. Z drugiej strony, skoro dzwoni sam minister i jest zainteresowany sprawą, jakoś głupio byłoby nie odpowiedzieć.

- Bardzo pobieżnie, panie ministrze – sędzia podejmuje próbę przekonania rozmówcy, że jest nieprzygotowany do rozmowy. - Z pana doświadczeniem to chwila moment – naciska minister, który wie, że jak nie przyprze sędziego do muru, nic nie uzyska. - Sprawa jest wielowątkowa – sędzia ponownie próbuje uniku. - To dobrze, że potrafi pan patrzeć na każdy problem szeroko – chwali go minister. Takich ludzi nam potrzeba, ale w tej konkretnej sprawie nasz resort interesuje jeden wątek. Kary. Mam nadzieje, że podoła pan temu zadaniu. - Panie ministrze, ale zgodnie z konstytucją i procedurą, o winie oskarżonego będę decydować po przeprowadzeniu wszystkich dowodów na rozprawie – sędzia próbuje odwołać się do obowiązujących reguł procesu karnego. - Oczywiście przeprowadzi pan proces zgodnie z zasadami sztuki. Przecież ja nie proszę pana, by ograniczył pan Trybunalskiemu prawo do obrony – w ministrze obudził się obrońca praw człowieka – ja chcę tylko omówić z panem sprawę rozstrzygnięcia. Sześć lat to adekwatna kara.

Nim sędzia zdąży odpowiedzieć, rozmówca odkłada słuchawkę. Tajemnicą pozostanie, ile takich rozmów odbyło się w czasach najgorszych dla wymiaru sprawiedliwości. Na szczęście w demokratycznym państwie prawa taka rozmowa nigdy nie mogłaby się odbyć. Dlatego sędziowie i obywatele mogą spać spokojnie.

Czy jednak minister sprawiedliwości nie może mieć wizji idealnego modelu wymiaru sprawiedliwości, w którym wyroki na obstalunek władzy wykonawczej sprawowanej w imieniu suwerena, są czymś oczywistym? W takiej rzeczywistości rozmowa, którą przytaczamy poniżej, jest wysoce prawdopodobna.

Telefon na biurku ministra zatroskanego sprawami suwerena dzwoni całkiem nie natrętnie. Ponieważ aparat identyfikuje rozmówcę, minister podnosi słuchawkę. Z góry wie, czego dotyczyć będzie rozmowa.

- Panie ministrze ustaliliśmy wyrok. Oskarżony Trybunalski jest winny, a kara trzech lat pozbawienia wolności wydaje się być adekwatna do zawinienia, które pan minister tak trafnie wypunktował w swoim wystąpieniu sejmowym.

Minister milczy. Cisza przeciąga się. Krople potu spływające z czoła sędziego opadają na blat biurka. W końcu nie wytrzymuje napięcia i drżącym głosem pyta – czy to za mało? Po drugiej słuchawki trwa wieloznaczna cisza. Dla sędziego to szansa by jeszcze raz wszystko przemyślał i wyciągnął wnioski.

- No pewnie, że za mało – sam sobie odpowiada na pytanie. Jakie to szczęście, że jeszcze nie ogłosiłem wyroku. Zaraz poprawię na sześć lat.

Minister zadowolony odkłada słuchawkę. Wie, że w interesie suwerena, który on zabezpiecza na powierzonym mu odcinku władzy, zapanowała idealna zgodność pomiędzy konstytucyjnie niezależną władzą sądowniczą i wykonawczą.

Nie mamy zielonego pojęcia, dlaczego - czytając o planowanych zmianach w wymiarze sprawiedliwości - takie scenki przyszły nam do głowy. Wszak to zupełnie niemożliwe, by coś takiego wydarzyło się w kraju, w którym Konstytucja zapewnia trójpodział władzy. W którym władza sądownicza jest niezależna od władzy wykonawczej, a sędziowie niezawiśli.

Ale gdyby tak uznać, że aktualnie orzekający sędziowie zostali powołani przez osoby niegodne? Odpowiedź jest oczywista. Tacy sędziowie powinni zostać zweryfikowani. Co w tym trudnego, gdy się dysponuje większością umożliwiającą wprowadzenie w życie każdej ustawy. W końcu ustawy o Sądzie Najwyższym i o ustroju sądów powszechnych, można kształtować wedle własnego widzi mi się, byle nowelizacja była zgodna z interesem suwerena, czyli dziecka ordynacji wyborczej i grzechu zaniechania (trzeba było pójść na wybory!). W rezultacie dotychczasowe nominacje da się unieważnić, a na funkcje sędziowskie powoła się tylko tych, którzy dają rękojmię wierności idei dobrej zmiany. Kryteria oceny będą proste. Np. ci, którzy skazali rycerzy dobrej zmiany, nie spełniają etycznych kryteriów. Pozostałych należy bacznie obserwować i - w miarę potrzeb - eliminować ze stanu sędziowskiego. Przetrwają tylko ci, którzy potrafią się dostosować.

Co jednak, gdy i oni nie będą spełniać pokładanych w nich nadziei? Wtedy trzeba będzie postawić na sędziów własnego chowu, świadomych pokładanych w nich oczekiwań. Czy to jednak możliwe w kilka miesięcy wykształcić korpus sędziów dobrej zmiany? Historia, niestety niezbyt odległa, zna takie przykłady. Po wojnie utworzona została Centralna Szkoła Prawnicza, powszechnie zwana „Duraczówką”, od nazwiska prawnika, niestety adwokata, a przede wszystkim rosyjskiego agenta, która stanowiła kuźnię kadr dla ludowego wymiaru sprawiedliwości. Szkoła zapewniała edukację absolwentom średnich szkół prawniczych. Do szkoły przyjmowano osoby skierowane przez partię, która miała monopol na wszystko, co potrzebne do sprawowania władzy w okresie kultu jednostki i dla dobra ówczesnego suwerena. Dwuletnia nauka umożliwiała absolwentom Duraczówki obejmowanie stanowisk sędziowskich i prokuratorskich. Studia nie były potrzebne, liczyło się ideowe zaangażowanie. W ten sposób stworzono wymiar sprawiedliwości działający na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych.

Współcześnie takie rozwiązanie nam nie grozi, bo dobra zmiana rozumie trójpodział władzy i szanuje prawo. A na wszelki wypadek w odwodzie mamy Trybunał Konstytucyjny, który zablokuje taką reformę, jako sprzeczną z Konstytucją.

Dubois & Stępiński