Wprawdzie niewielu Amerykanów zarwało dzisiaj noc z powodu referendum w Londynie, ale „Wall Street Journal” do północy na bieżąco aktualizował wyniki Brexitu. Trudno się dziwić. To Wall Street jako pierwsza odczuła skutki głosowania w Wielkiej Brytanii (w Stanach rezultaty referendum ogłoszono w okolicach północy).
Z podobnym przejęciem śledził głosowanie na Wyspach portal Bloomberg News oraz The New York Times. Natychmiast po tym, jak stało się jasne, że Anglicy opuszczają Unię Europejską, komunikat w tej sprawie podała też stacja telewizyjna NBC, a za nią wszystkie inne ważniejsze kanały informacyjne.
Problem w tym, że większość Amerykanów w ogóle nie kojarzy, o co chodzi, choć przecież jeszcze do niedawna Stany wchodziły w skład Imperium Brytyjskiego. Dwieście lat zrobiło jednak swoje, i Anglia to dziś dla Johna Smitha miejsce, gdzie produkują marne piwo i noszą śmieszne kapelusze, a na dodatek ciągle pada.
W ubiegłym roku Europę odwiedzało raptem 12 milionów turystów z USA co stanowi cztery procent populacji. Do Wielkiej Brytanii trafiło ich jeszcze mniej, bo zaledwie 3, 7 miliona, a i tak odwiedzali oni głównie kraj pochodzenia – Irlandię.
W tej dziedzinie Brexit niewiele więc zmieni, tym bardziej, że Amerykanie jeszcze przed integracją Wysp z UE nie potrzebowali wiz wjazdowych do Wielkiej Brytanii.
Co innego, gdyby chcieli w Unii pracować, ale z jakichś powodów nie chcą (może dlatego, że potrzebne jest w tym celu trudne do zdobycie pozwolenie na pracę). Opuszczenie Unii przez Wyspiarzy nie będzie więc oznaczało deportacji miliona nielegalnych amerykańskich gastarbeiterów za ocean.
Amatorów szkockiej można w Ameryce policzyć na placach, podobnie jak tych, co gustują w oryginalnych produktach Burberry czy Vivienne Westwood i amatorów mini cooperów.
Od rana media tłumaczą więc rodakom, co to „Brexit” i co brytyjskie „Leave” może oznaczać dla przyszłości Ameryki.
Choć bowiem Brexit raczej nie dotknie bezpośrednio konkretnego Johna Smitha, to – zdaniem większości komentatorów – i tak nie wróży Stanom nic dobrego.
Nie ma więc powodu cieszyć się z cudzego nieszczęścia, (brak rozsądku, to też jest nieszczęście) , choć dolar stoi dziś wobec funta najwyżej od całych dekad, a dobrowolna rezygnacja Wielkiej Brytanii z pozycji lidera gospodarki i polityki europejskiej powinna przynieść Ameryce same korzyści.
Dlaczego zatem, Amerykanie nie mają raczej powodów by otwierać szampana?
Ponieważ najważniejszą konsekwencją Brexitu jest – zdaniem tutejszych ekspertów – niepewność. Ta zaś zawsze oznacza podwyższone ryzyko biznesowe, co w dalszej kolejności zagraża nie tylko światowej gospodarce , ale też bezpieczeństwu i poziomowi życia zwyczajnych Smithów i Kowalskich.
Według amerykańskich mediów, wraz z Brexitem ucierpi nie tylko Europa i ( zdaje się najbardziej) sama Wielka Brytania. Ucierpimy wszyscy.
Te proroctwa, pisane na gorąco, w środku nocy, zaczęły się materializować jak tylko otwarto Wall Street. Kiedy to piszę, opcje „future” już straciły na wartości o ponad 10 procent. Wieczorem okaże się, co z innymi indeksami, ale spadki są raczej pewne.
Przeszacowany kurs dolara , choć cieszy importerów, oznacza też dodatkowe – oprócz niejasnej przyszłości handlu z Wielką Brytanią – kłopoty amerykańskiego eksportu. Blady strach padł też na amerykańskich inwestorów, którzy największe pieniądze ulokowali w UE właśnie w Anglii. Owszem, dług publiczny raptownie potaniał, ale to pieniądze budżetowe, natomiast inwestycje w Europie są głównie prywatne. Więc ewentualne starty odbiją się na portfelach zwykłych Smithów, niestety.
Co jeszcze?
Zdaniem ekspertów, Brexit oznacza też ograniczenie amerykańskich wpływów na politykę europejską. Co – z tutejszego punktu widzenia – godzi w interes Stanów Zjednoczonych. Wraz ze zwycięstwem opcji „Leave” Ameryka traci bowiem swojego „rzecznika” w Unii Europejskiej. Dotychczas to poprzez Wielką Brytanię Waszyngon wywierał wpływ na europejską politykę (ostatnio w sprawie Rosji) i bronił amerykańskich inwestycji i umów handlowych na Starym Kontynencie. Teraz Wielka Brytania nie dość, że traci prawo głosu, to sądząc z wypowiedzi najważniejszych polityków UE, sama będzie potrzebowała dobrego „adwokata”.
Brexit może też niekorzystnie (przynajmniej zdaniem mediów mainstreamowych) wpłynąć na wewnętrzną sytuację polityczną w USA.
Triumf separatystów oznacza bowiem moralne zwycięstwo tych wszystkich sił w Europie i na świecie, które niepomne na tragiczne doświadczenia historyczne skłonne są budzić – w walce o władzę – najgorsze demony przeszłości. Zbijanie politycznego kapitału na populizmie, ksenofobii, rasizmie i odwoływaniu się do najniższych instynktów „szerokich mas” zawsze dotąd kończyło się tragicznie. Tymczasem wyniki głosowania w Londynie mogą ośmielić stronników Trumpa. W tej sytuacji już w listopadzie Ameryka może mieć swój własny Amexit ze światowej polityki.
Sądząc po katastroficznych ekspertyzach w najważniejszych tygodnikach opinii – tej właśnie ubocznej konsekwencji Brexitu rozsądni Amerykanie obawiają się najbardziej. Przynajmniej w tej chwili, bo rzeczywiste skutki głosowania w Londynie na razie trudno oszacować.
W tym zatroskanym chórze tylko od czasu do czasu odzywają się bardziej optymistyczne komentarze. Jak ten pod znamiennym tytułem: „Please Leave. Why Brexit Would Benefit Europe”, zamieszczony trzy dni temu na stronie wpływowego magazynu “Foreign Affairs” (https://www.foreignaffairs.com/articles/united-kingdom/2016-06-21/please-leave ) Autor tekstu dowodzi, że Brexit może –paradoksalnie – przynieść więcej dobrego, niż złego, i to po obu stronach oceanu.
Co bowiem Unii Europejskiej po kraju, choćby silnym gospodarczo i dominującym militarnie, który jednak od początku nie był przekonany do idei integracji. Kto bowiem przeciwstawił się wspólnej walucie i prowadzeniu jednolitej polityki finansowej? Kto domagał się odrębnych praw, przywilejów i specjalnego statusu, blokując proces jednoczenia się Europy? Kto zarażał eurosceptycyzmem innych członków Unii? Kto karmił separatyzmy, podsycał ksenofobię i konsekwentnie stosował ,tym razem w ramach UE, sprawdzoną jeszcze w imperialnych czasach taktykę „ dziel i rządź”? Oczywiście, że Wielka Brytania – wielki hamulcowy europejskiej integracji.
Amerykanie od dawna uważają, że Europa powinna iść w kierunku federacji. Takiej, jak właśnie Stany Zjednoczone. Odpowiedzią na globalizację jest – ich zdaniem – federalizacja właśnie. Lub… marginalizacja. Trzeciej drogi po prostu nie ma, co z drugiego krańca oceanu widać zdecydowanie lepiej, niż znad Kanału La Manche (a propos, to znamienne, że dla Anglików La Manche to wciąż English Channel).
Rezygnacja Wielkiej Brytanii z Projektu Unia zdaniem FA może więc wyjść tej ostatniej na dobre. Od tej pory nikt nie będzie rzucał Europie kłód pod nogi w nieuchronnym procesie federalizacji.
Taka silna, zjednoczona Unia byłaby też zresztą na rękę Stanom Zjednoczonym. Bo jak na skalę wyzwań naszej epoki, żmudne negocjowanie ważniejszych decyzji ze wszystkimi pastwami członkowskimi zajmuje UE zdecydowanie zbyt wiele czasu. W ten sposób Europa traci na znaczeniu tak w globalnej gospodarce, jak w polityce światowej.
Autor sugeruje więc Brytyjczykom – „please, leave”, o wprawdzie brzmi elegancko , ale w przełożeniu na język potoczny znaczy : „spieprzaj dziadu!”
Więc może rzeczywiście nie ma czego żałować? Mało tego – może Brytyjczycy oszczędzili Europie sytuacji, kiedy Wielką Brytanię trzeba by w końcu z Unii wyrzucać na siłę?
Tak czy inaczej, Amerykanie uważają, przynajmniej w tej chwili, że na Brexicie najbardziej straci ostatecznie sama Wielka Brytania. I że najpewniej się rozpadnie. Ale może to tylko takie „myślenie życzeniowe”. Jeszcze do niedawna Ameryka była kolonią angielską, a walka o niepodległość kosztowała Stany wiele ofiar. Więc może – niezależnie od strat własnych, skądinąd niewysokich – miło jej teraz patrzeć na jego ostateczny upadek Imperium Brytyjskiego?
