Myślę, że nie ma już czegoś takiego, jak pogoda. Jest gigantyczny piekarnik włączany za dnia, wyłączany i stygnący nocą. Jedyne zjawiska atmosferyczne, jakie mają w nim miejsce, to wystrzały tłuszczu z pękającego mięsa. Prezenterki i prezenterzy pogody, określani od lat mianem pogodynek, w zasadzie mogliby zostać zwolnieni – po co relacjonować pracę piekarnika – gdyby nie sprzeciwiały się temu zasady konsumpcjonizmu i (potencjalnie) nieliczące się na scenie politycznej partie nowej lewicy.

REKLAMA

Tak, wiem, jestem trochę złośliwy. Wszyscy oni chcą dobrze, i pogodynki i nowa lewica próbująca budować tożsamość polityczną na właścicielach „Krowowarzyw”. David Cameron też chciał dobrze i Beata Szydło też chce dobrze, rozdając prawie wszystkim 500+ (co to za waluta ten „+”) o niestałej wartości, wobec ustalania wartości pieniądza na podstawie innych wartości, niż tylko tradycyjne, to jest narodowo-katolickie. Miliardy turystów wypalające codzienne miliardy ton paliwa w podróżach znikąd donikąd, czy Kanadyjczycy, którzy ujęli mnie billboardami o cierpieniach zwierząt, a których ultrafajny i ultranowoczesny premier w kolorowych skarpetkach chodzi ponoć zakutany w futro z fok, podobnie jak cała jego rodzina. Gdyby istniało piekło, zabijanie zwierząt, tak jak to robimy, z pewnością gwarantowałoby trafienie do niego, ale osobne miejsce o specjalnych atrakcjach mieliby tam oprawcy fok, a jeszcze lepsze ci, którzy chodzą w ich futrach.

Dobrze chcą też zapewne organizatorzy „festiwalu psiego mięsa” w chińskiej miejscowości Yulin, gdzie istnieje mocno utrwalony imperatyw zadawania zwierzętom przed śmiercią jak największego cierpienia. Podobnie organizatorzy innych kulturalno-gastronomicznych imprez, gdzie gawiedź rozrywa zwierzęta gołymi rękami na kawałki, rozcina koniom brzuchy, żeby obserwować wypadające z nich wnętrzności itd. itp. O obrazkach z Syrii i Iraku, już nie wspominamy. Ich (groteskowe niemalże) okrucieństwo, sprawiło, że nie sposób nawet w nie wierzyć. Dlatego też nikt nie wierzy w to, co się tam dzieje. Nie mówimy o ludobójstwie, nie łapiemy i nie sądzimy, jako społeczność międzynarodowa, sprawców tych okrucieństw.

Wszystko to nie przeszkadza pleść części z nas o (jednak!) POSTĘPIE. Przynajmniej tak utrzymywała w rozmowie ze mną kobieta, która twierdziła, że majtki „ubrudzone” czerwonym brokatem na okładce jednego z czasopism są jednak postępem, a zestawienie ich przeze mnie z opisanymi okrucieństwami i piekącym się na wolnym ogniu światem – jest nie tylko nieuczciwe, ale również pretensjonalne, bo generalnie POSTĘP jednak się dokonuje. Rzeczywiście postęp ów jest szczególnie widoczny na termometrach całego świata.

W związku z postępem i innymi takimi przypominają się właściciele zoo, w którym zabito egzemplarz zanikającego podgatunku goryla, aby uchronić przed potencjalną śmiercią bardzo dobrze mający się egzemplarz liczącego około ośmiu miliardów gatunku homo sapiens, za co matka uratowanego egzemplarza dziękowała Bogu. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak chciał Bóg, ale gdyby istniał i gdyby czegoś w ogóle chciał, może chciałby czegoś innego. A może w ogóle nie chciałby mieć z tym nic wspólnego.

A, byłbym zapomniał, organizatorzy tak zwanych igrzysk olimpijskich w Rio zabili maskotkę tychże „igrzysk”, jakiegoś tam jaguara. To nawet podobne do sytuacji z gorylem. Masowe imprezy sportowe od jakichś dwudziestu lat (jak reszta ludzkich spraw) stały się najzwyklejszą w świecie patologią, ale – nawet w tej patologii – trzeba postawić jeszcze kropkę nad „i”. Goryl był „i” bez kropki.

Z tego, co czyta w prasie, kropkę nad „i” postawił również sąd rejonowy w jednej z polskich miejscowości, który uznał, że wycinanie z żywego jelenia tak zwanych grandli (szczątkowych kłów jeleni) i (jak się to ładnie określa) skórowanie na żywca nie jest tam żadnym znęcaniem się nad zwierzęciem. Skoro tak orzekli biegli (zapewne myśliwi), to cóż innego mógł zrobić sąd. W sądach w ogóle tak naprawdę orzekają biegli, ale to jest już inny temat do poruszenia w innym miejscu. Łączy się o tyle, z następnym, który chcę poruszyć, że dotyczy w gruncie rzeczy tego zbędnego czegoś, co określamy mianem wiedzy.

Oto Brytyjczycy, chcąc wyjść z Unii, zorganizowali sobie referendum. Jak się okazało w kilka godzin po tymże referendum, nie wiedzieli, z czego chcą wyjść i rozpaczliwie szukali tego w Google. Byłby to kolejny argument za tym, że tak zwana wiedza zbędna, jest jednak niezbędna, żeby nie przewrócić się na własnych sznurowadłach. W Internecie, owszem, można coś sprawdzić tyle że, jeśli się tego nie wie bez Internetu i sprawdzi po fakcie, może być już za późno.

Tak czy siak opisane wyżej przypadki dobra są niczym z globalnym ociepleniem (to naturalnie eufemizm). Autorzy jednego z islandzkich fanpejdży cieszą się na przykład, że w Islandii będzie dzisiaj około 31 stopni. W Polsce na przykład będzie 35 stopni, to jeszcze lepiej. W tym umiłowaniu do gorąca musi tkwić jakiś nienadążający za ewolucją element. Biednym homo sapiens zdaje się zapewne, że oto zaraz zgaśnie im ognisko i pomrą z zimna w jakiejś jaskini, dlatego wołają wciąż o więcej i więcej. 30 mało, 35 mało, 40 mało. A w Iranie i Indiach to mieli nawet przez chwilę chyba koło 70. Prawdę mówiąc, nie wiem, co wołali.

Mądre homo sapiens w moim mieście (i tysiącach innych miast i miasteczek w całej Polsce) ustawiają na miejskich wybrukowanych za unijne pieniądze placach tak zwane kurtyny wodne. Jest to bardzo często nazwa na wyrost, bo czy można określać mianem „kurtyny wodnej” stary dziurawy strażacki wąż gaśniczy, z którego miejscami tryska woda? Niech będzie, że można. Otóż te węże gaśnicze określane mianem kurtyn wodnych (dość kosztowne, bo pompują tak przez całe lato, a woda paruje na tych kamieniach) są konieczne najprawdopodobniej dlatego, że w polskich miastach i miasteczkach wycięto wszystkie drzewa, które niegdyś je chłodziły. Drzewa ty wycięto z wielu powodów (zaburzeń psychicznych w skali masowej i indywidualnej, chęci zysku, braku lepszego zajęcia, patologicznej dążności do perwersyjnie rozumianej czystości), ale teraz – kiedy efekt cieplarniany rozpętał się już na dobre, drzewa te byłyby jak znalazł, żeby nas trochę ochłodzić. Sporo o tym piszę na moim blogu, który prowadzę w związku z zieloną apokalipsą w moim mieście, ale ta pełzająca ekologiczna katastrofa polskich miast i miasteczek dzieje się wszędzie i na bieżąco.

W „Dziennik Opinii” Sławomir Sierakowski ubolewa nad Brexitem, że to katastrofa i w ogóle. Co do zasady należy się z Sierakowskim zgodzić. Różowo to nie wygląda. A jednak w istocie Brexity, Trumpy, nasze „dobre zmiany” i inne tego typu szaleństwa są tylko nadbudową nad światem umierającym w wyniku klimatycznej katastrofy. Te Trumpy, Brexity, „dobre zmiany”, są to już wszystko rzeczy bez znaczenia. W ciągu kilku lat wszystkie dotychczasowe instytucje i urządzenia społeczne będą padać jak domki z kart. Warto dodać, że będą temu towarzyszyły, trochę zapomnianie i kwestionowane w ostatnich latach, przemoc i okrucieństwo na nieznaną dotąd skalę.

Świat jest dziś jednym wielkim piekarnikiem. Arktyka nie istnieje. Nie ma lodówki, która chłodziła cały świat. Nie ma porannego chłodu, nie ma wiatru, który przynosi ulgę, nie ma nocy, która pozwala odpocząć roślinom, zwierzętom i ludziom. Nie ma deszczu i nie ma wody. Nawet jeśli średnia globalna temperatura nie przekroczyła jeszcze dwóch stopni (co i tak nastąpi szybciej, niż się nam wydaje), to lokalnie i okresowo dla roślin, zwierząt i innych organizmów (rafy koralowe) temperatury się nie do wytrzymania, znacznie większe, niż do tej pory. Środowisko naturalne długo tej presji nie wytrzyma, podobnie jak my, którzy – wbrew naszym mniemaniom – jesteśmy jego częścią.

Na co w tej sytuacji liczymy – nie wiadomo.