Facebook Westerplatte Młodych

Ostatnio odczuwam perwersyjną przyjemność z oglądania audycji "Westerplatte młodych", która jest takim połączeniem "Roweru Błażeja" i "Twój problem nasza głowa" (Gimby nie znają!) w wydaniu katolickim. Program, nadawany w Telewizji Trwam, prowadzą studenci dziennikarskiej uczelni ojca Rydzyka. Całość podana w dość nowoczesnym sosie, program jest emitowany na żywo, młodzi adepci dziennikarstwa komunikują się z widzami za pomocą fejsbuka i wyglądają jak z katalogu H&M na bieżacy sezon (jeśli chodzi o fryzury to starannych uczesań prezenterów i prezenterek nie powstydziłby się Jean Louis David. Westerplatte stuknęła okrągła rocznica - wczoraj wyemitowano setny odcinek i w przeciwieństwie do satyrycznej audycji TVP "Studio Jajo" widzom oszczędzono żartów, polegających na rozplaskaniu tortu na twarzy prowadzącego.

REKLAMA

Nie wiem jaką oglądalność ma dostępna powszechnie w multipleksie DVB-T audycja, bo Telewizja Trwam nie ma umowy z Nielsenem, badającym oglądalność programów telewizyjnych. Na fejsbuku program lubi 5 tysięcy osób, co jak na prawicowo-katolickie internety oszałamiającym wynikiem nie jest. Nawet trochę żałuję, bo z dwóch ideologii które mnie odstręczają bardziej akceptują prawicowość w wydaniu katolickim niż narodowym. Jednak miałem nie o tym ;)

Obejrzałem odcinek sprzed tygodnia pod tytułem "Wyrwani z niewoli". W skrócie temat sprowadza się do tego, że dwóch chłopaków, którzy kiedyś weszli na drogę grzechu (nie chcieli specjalnie się nad tym rozwodzić ale generalnie padły słowa takie jak pornografia, narkotyki, złe towarzystwo, zawalenie szkoły i pustka) weszło na drogę chrześcijaństwa i teraz niosą dobrą nowinę młodym ludziom. Używają do tego języka zrozumiałego dla małolatów czyli po prostu robią rap, dlatego też chętnie są witani w szkołach, gdzie organizują koncerty profilaktyczne.

Raperzy chwalą się tym, że dzięki ich charyzmie (która zrobiła tak duże wrażenie na prowadzącej, że nawet nie wchodzili im w słowo) iluś dzieciaków uwierzyło w siebie, zaczęło szukać pomocy w swoim otoczeniu, jedna osoba nawet napisała im że odwiedli ją od samobójstwa i przywrócili nadzieję. Szacun, serio. Choć cały czas mam wątpliwości.

Z jednej strony, wyjście na prostą, ogarnięcie się zawsze musi budzić sympatię i respekt. Poza tym namawianie ludzi do pogłębiania i budowania relacji z innymi ludźmi, w świecie gdzie coraz częściej czujemy się wyalienowani, to słuszny kierunek. Z drugiej strony zapala mi się światełko. Bo krzyczący do kamery Heres (taki pseudonim sceniczny ma jeden z gości programu) "Wariacie, ogarnij się. Jedyna droga jest w Chrystusie", to nie jest ktoś kogo chciałbym zapraszać do szkoły.

Mówienie, że najlepszą drogą do samoogarnięcia się, jest poszukiwanie wspólnoty w Kościele, zamiast np. poszukania profesjonalnej pomocy, zakrawa na szarlatanerię. Nawet jeśli na krótką metę skuteczną, to czy na pewno szkoła powinna dopuszczać taki przekaz? Nawet jeśli jest on atrakcyjniejszy (co słusznie zauważył Heres) niż smutne pogadanki panów policjantów o szkodliwości narkotyków.

Westerplatte Młodych odsłoniło mi coś, co było dla mnie nieznanym lądem. Nie mam ani odrobiny hejtu wobec twórców audycji (choć oczywiście lizusowskie podziękowania dla ojca Drążka - twórcy programu i dyrektora Rydzyka brzmiały jak słynna scena z "Misia") ani gości programu. I myślę, że temu jak katolickie media i instytucje budują dialog z młodymi ludźmi powinniśmy się przyglądać. Również dlatego, że jako lewica póki co nie mamy języka ani sposobu dotarcia do najmłodszych, mimo posiadania atrakcyjnego katalogu wartości (wolność, sprawiedliwość, troska o przyrodę, tolerancja).