Wypowiedzi minister edukacji Anny Zalewskiej w „Kropce nad i” o zbrodni w Jedwabnem i pogromie kieleckim przyjmuję nie tylko z oburzeniem – co oczywiste, ale także z ogromnym niepokojem. Wszak chodzi o słowa wypowiedziane przez osobę, która może mieć spory wpływ na to, czego w szkołach będą się uczyć nasze dzieci.

REKLAMA

Rok temu na konwencji PiS-u dzisiejszy wiceminister kultury powiedział (zapowiedział?), że „Trzeba skończyć z dominacją pedagogiki wstydu i antypatriotycznego rewizjonizmu w opowieściach o naszej historii. Mądra polityka historyczna powinna podtrzymywać dumę z naszej przeszłości i lansować nasz punkt widzenia na oceny przeszłości w dialogu z innymi narodami”.

Dzięki szczerej wypowiedzi minister Zalewskiej już wiemy, że zerwanie z „dominacją pedagogiki wstydu” oznacza po prostu twarde trzymanie się tezy, iż Polacy w relacjach z innymi narodami nigdy nie dopuścili się żadnej niegodziwości. Jest zatem oczywiste, że za pogromem kieleckim nie stoją Polacy, a tylko „różne zawiłości historyczne” – i tego każdy polski uczeń powinien się trzymać.

Praktyczna, dokonana przez minister Zalewską interpretacja przesłania o „podtrzymywaniu dumy z naszej przeszłości i lansowaniu naszego punktu na oceny przeszłości” sprowadza się do tego, że na pytanie, kto spalił Żydów w stodole w Jedwabnem, należy odpowiedzieć: „To fakt historyczny, w którym doszło do wielu nieporozumień, do wielu bardzo tendencyjnych opinii. Dramatyczna sytuacja, która miała miejsce w Jedwabnem, jest kontrowersyjna”. Niech polski uczeń wkuje ten bełkot na blachę, jeśli w szkole podległej pani minister chce z historii zasłużyć na szóstkę.

Przesadzam? Nie sądzę. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość porządzi, nie daj Boże, dwie kadencje, to na 100 procent uda im się całkowicie wymienić podręczniki – tak, by młody Polak mógł z nich wyczytać, że Polska i Polacy na przestrzeni dziejów występowali tylko w dwóch rolach: albo ofiar ciemiężycieli albo wybawcy dla ciemiężonych