Pewnie większość czytelników może tylko pomarzyć o miesięcznej pensji w wysokości 7,4 tys. zł. A tymczasem właśnie taką podwyżkę dostanie Beata Szydło. Dobra zmiana nabiera w ten sposób nowego znaczenia. Pozytywnie zmieniają się konta rządzących.
Oczywiście nie tylko pani premier może już się cieszyć z podwyżki. Jak podaje „Rzeczpospolita” od 4 do 5 tys. zł wzrosną też wynagrodzenia m.in. prezydenta, wicepremierów, ministrów, wiceministrów i wojewodów. Posłowie i senatorowie dostaną po ok. 2,7 tys. zł miesięcznie więcej. Pensję dostanie też Pierwsza Dama – 13 tys. zł. W paru domach pewnie z tej okazji jest bal. I nie dziwię się, też bym to świętowała. Nawet tę najmniejszą podwyżkę. O ile podwyższy są po prostu szokujące, to ich powód doprowadził mnie do śmiechu. Otóż PiS uznał, że płace muszą wzrosnąć, bo uposażenia osób na stanowiskach kierowniczych są zamrożone od 2008 r. Macie jakieś skojarzenia z tym rokiem? Właśnie wtedy zaczęły się rządy PO, tej partii, która zdaniem PiS, myślała tylko o sobie. I jakież było oburzenie, gdy w wyniku afery taśmowej ujawniono słowa Elżbiety Bieńkowskiej: - Ja dostawałam, powiem ci 6 tysięcy... 6 tysięcy... Rozumiesz to? Albo złodziej, albo idiota... To jest niemożliwe, żeby ktoś za tyle pracował. Najwyraźniej PiS przyznał byłej wicepremier rację! Wróćmy do samej idei podwyżek. Otóż zależeć mają one m.in. od wzrostu PKB. Tak naprawdę więc podwyżki będą nie za pracę urzędników a za pracę ich poprzedników. Fakt, że Beata Szydło dostanie podwyżkę w wysokości 7,4 tys. zł to nie wynik pracy jej rządu, ale rządu, który zostawił Polskę w ruinie. Gdyby mnie ktoś pytał, to piekielna wartościowa ta ruina! Iwona Leończuk
