Ówcześni krzykacze podnoszą sobie pensje o kilka tysięcy miesięcznie. Równocześnie odmawiają podwyżki wynagrodzeń pielęgniarkom i młodym lekarzom o kilkaset złotych. Z kolei emerytom rewaloryzują emerytury po kilka złotych rocznie. Czyli po kilkadziesiąt groszy miesięcznie, twierdząc, że emeryci niewiele stracili bo minione lata to okres deflacji.
Prawie 8 tysięcy złotych miesięcznie więcej dla pani premier, 4 do 5 tysięcy więcej dla ministrów i wiceministrów. Jest ich razem 99. Tylu urzędasów takiej rangi w polskim rządzie jeszcze nigdy nie było. Więcej otrzymają także posłowie i senatorowie. Do grupy uprzywilejowanych doliczono też wojewodów. W sposób szczególny potraktowano żonę prezydenta. Pani Agata będzie otrzymywała pensję równą wiceministrom. W sumie kosztować ma to budżet rocznie około 20 milionów złotych. Osobiście nie mam nic przeciwko temu, żeby ludzie zarabiali więcej. Niech zarabiają dużo, bardzo dużo. Musi to jednak być rezultat wykonywanej pracy czy podejmowanego ryzyka. W przypadku polityków, takich zależności nie ma. Każda niemal decyzja o podniesieniu uposażenia w gabinetach rządowych przez opozycjonistów nazywana jest jako skok na kasę. Tak jest i tym razem. Teraz jednak zaskakuje i skala podwyżek i ich autorzy czyli PiS. Przecież obiecywano, że będzie taniej, uczciwiej i sprawniej. Praktyka pokazuje, że jest akurat odwrotnie. Brakuje przede wszystkim uczciwości w polityce kadrowej. Ostatnie publiczne wystąpienia ministrów w rządzie RP pokazują jak kiepskie są ich kwalifikacje, jak niski jest ich poziom intelektualny. W większości to zwykli, jarmarczni krzykacze. Za co więc te podwyżki? Pensja parlamentarzysty w Niemczech to około 340 tys. złotych rocznie. Podobnie w Anglii czy Norwegii a także i w Szwecji. W Kanadzie ponad 500 tys. złotych a w Japonii najwięcej. Każdy członek parlamentu otrzymuje tutaj roczne wynagrodzenie w wysokości 850 tys. złotych. Ale to przecież kraje których poziom mamy dopiero osiągnąć. Polski poseł czy senator dotychczas otrzymuje ok. 120 tys. rocznie. Zatem, podwyżka może i się należy, ale pokażcie najpierw , że efekty waszej pracy pokazują chociażby statystyki z obszaru gospodarki narodowej. Tymczasem mamy prognozy raczej przerażające niż napawające optymizmem albo przynajmniej uspakajające. O podwyżkach dla wiceministrów i parlamentarzystów próbowano rozmawiać w poprzedniej kadencji. Nie było jednak odważnych, by tematem zająć się na poważnie. Dominowały skrupuły i zwykła, ludzka przyzwoitość w konfrontacji z zarobkami nauczycieli, policjantów, robotników. Drobna korekta /500 złotych/ na prowadzenie biur niemal na zakończenie kadencji wywołała falę wrogich komentarzy. Warto tu przypomnieć reakcję polityków i sympatyków PiS na kuluarową wypowiedź wicepremier Bieńkowskiej, w której powiedziała mniej więcej tyle, że, dziwi się wiceministrom, którzy pracują za marne 6 tysięcy złotych. Podniesienie wynagrodzeń o kilkadziesiąt złotych stanowiłoby pretekst dla związków zawodowych i PiSu, by wyprowadzić ludzi na ulice. W politycznej pyskówce przypominano bez przerwy sumy wypłacane każdego miesiąca posłom i senatorom. Wypominano ośmiorniczki i czerwone wino pite przez ministrów. Jednak minione 8 lat to czas szybkiego rozwoju i wielkiego skoku cywilizacyjnego kraju. Mimo trudnych warunków ekonomicznych świata i Europy, mimo kryzysu gospodarczego kraj się rozwijał. Minister finansów a później wicepremier Rostowski był uznawany jako wzór gospodarza w trudnym czasie. Sukcesy ekonomiczne, gospodarcze, wysokie uznanie dla Polski na arenie międzynarodowej, podziw polityków i ekonomistów dla naszego kraju, to owoc pracy ministrów, wiceministrów i administracji terenowej poprzedniej koalicji. Podkreślmy, ludzi pracujących w warunkach, które dzisiejsza ekipa uważa za trudne do kontynuowania. Im po prostu nie chce się pracować za niskie pensje. Oni nie zamierzają pracować dla idei, dla kraju, dla społeczeństwa lecz zaczynają od skoku na publiczne pieniądze. Skoku tego dokonują po kilku miesiącach rządów, których rezultatem jest spadek inwestycji zagranicznych, dramatyczny, 30 procentowy spadek wartości akcji na warszawskiej giełdzie i spadku wartości polskiej złotówki. Przyznają sobie nagrodę finansową za kompromitujące Polskę decyzje dotyczące TK, mediów czy systemu prawnego. Obecne podwyżki to haracz płacony z budżetowych pieniędzy posłusznym, wiernym wykonawcom decyzji prezesa. Żona prezydenta otrzymuje nagrodę za milczenie. To naprawdę trudno zrozumieć. Słowo skandal, to za mało. Niskie zarobki członków rządu i parlamentarzystów i brak podwyżek w minionych 8 latach, to fakty. Ale to także czas niemal bez inflacji a ostatnie trzy lata to okres deflacji. Zatem trudno tu mówić o pogarszających się warunkach pracy ludzi na rządowych posadach. Dzisiaj na ministerialnych stołach ośmiorniczki to powszedniość, podobnie jak i gatunkowe wina. Niedawno czytaliśmy o kolacjach wydawanych w URM przez obecną premier. Ówcześni krzykacze podnoszą sobie pensje o kilka tysięcy miesięcznie. Równocześnie odmawiają podwyżki wynagrodzeń pielęgniarkom i młodym lekarzom o kilkaset złotych. Z kolei emerytom rewaloryzują emerytury po kilka złotych rocznie. Czyli po kilkadziesiąt groszy miesięcznie, twierdząc, że emeryci niewiele stracili bo minione lata to okres deflacji. Nie mają skrupułów. Nie jest im wstyd. Brak im po prostu przyzwoitości nawet tej jaka cechowała poprzedników. Trzeba wreszcie głośno i często stawiać pytanie ; Panie Duda a co na to związki zawodowe? Gdzie pan i pana działacze ? Jak długo będziecie to tolerować?
