Śledząc życie polityczne kraju, mam czasami wrażenie jakby do mojego mieszkania wpadła banda dzikusów, którzy na oczach wszystkich sikają do zlewu w kuchni, piszą flamastrem po obrazie, który kupiłam za kupę pieniędzy i który jest moim oczkiem w głowie, tłuką filiżanki i wylewają wino na dywan. I nawet przepraszam nie mówią.
To zdziczenie jest jak bardzo zaraźliwa choroba. Zaczęło się w jednym miejscu, a potem posypało się. Gdy poseł Krystyna Pawłowicz wprowadzała do naszego życia publicznego rynsztokowy język, przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Ten i ów westchnął: Co za wulgarna kobieta. I tyle. Nie wyglądało to aż tak groźnie. I błąd. Wirus już się panoszył. Dziś nawet trudno powiedzieć, kto go przywlókł do Sejmu. Czy przyszedł z "Samoobroną"? Czy z Leszkiem Millerem wyzywającym Zbigniewa Ziobro od zer? A może jego koleżanką partyjną Anitą Błochowiak mówiącą publicznie o pedałach? Ktokolwiek by za to nie odpowiadał, dziś mamy epidemię. Poseł Piotr Pyzik pokazuje innym posłom środkowy palec, a jego partyjni koledzy nie widzą w tym niczego złego. Ponoć marszałek Sejmu Ryszard Terlecki mówi do któregoś posła: "Zjeżdżaj". Zaś nowy dyrektor TVP 2 Marcin Wolski udziela wywiadu, w którym mówi: Zasady są proste: były wybory, wygrała ta partia, więc trzeba się pogodzić i morda w kubeł. I nie czepiam się nawet treści, bo to akurat przejaw szczerości, ale słów, które jeszcze niedawno usłyszeć można było pod budką z piwem. Wcześniej czy później układ polityczny się zmieni. Niestety, nie gwarantuje to zmiany zachowania polityków. Wręcz przeciwnie! Możemy się spodziewać, że wirus zdziczenia zostanie i będzie czynił dalsze spustoszenie, bo najwyraźniej politycy uznali, że przyzwoite zachowanie nie przynosi takich korzyści jak zachowanie nieprzyzwoite. Przyzwoite używamy za normę, a na nieprzyzwoite zwracamy uwagę. Obawiam się, że niektórym wyborcom nawet imponuje, że ten i ów łamie normy społeczne i pokazuje inteligencikom, gdzie ich miejsce. Ponad 30 lat temu Wojciech Młynarski śpiewał: Dopóki zwykłe, proste słowa nie wynaturzą się żałośnie, póki pokrętna nowomowa zakalcem w ustach nam nie rośnie, dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi w mowie Milosza, mowie Skargi, przetrwamy... Przetrwaliśmy wtedy. Mam nadzieję, że kolejny atak też przetrwamy, choć teraz chyba będzie trudniej... Iwona Leończuk
