Tematem dnia dzisiaj w Krakowie była wczorajsza (02.08.2016) śmierć byłego metropolity krakowskiego, kardynała Franciszka Macharskiego. Początkowo nie zamierzałem tego smutnego faktu komentować, bo gazety, radio i telewizja pełne były dziś różnych wspomnień, uwag, opinii i ... górnolotnych sformułowań. Wydawało się, że każdy ma coś na ten temat do powiedzenia, a ja nie lubię śpiewać w chórze! Jednak wieczorem przyszła refleksja: Tyle razy i w tak miły sposób zmarły kardynał dawał mi odczuć swoją życzliwość i sympatię, że jest rzeczą właściwą, bym także i ja powiedział dziś kilka słów na jego temat.

REKLAMA

Nasze pierwsze spotkanie nie zapowiadało późniejszych dobrych kontaktów.

Wprost przeciwnie!

Gdy w 1996 roku zostałem prorektorem AGH, pewnego wrześniowego dnia ówczesny rektor, prof. Handke, wsadził nas wszystkich (prorektorów) do samochodu i pojechaliśmy razem do Kurii, żeby zaprosić kardynała na inaugurację roku akademickiego w AGH. Po drodze rektor uszczypliwie (jak zwykle w stosunku do mnie) zapytał, czy jestem praktykującym katolikiem. Ponieważ była to już kolejna jego zaczepka pod moim adresem tego dnia, więc odpowiedziałem chłodno:

- Tak, ale nie na poziomie kardynalskim!

Z powodu tego incydentu w trochę kwaśnym nastroju wchodziłem do siedziby arcybiskupów krakowskich, gdzie po chwili oczekiwania wyszedł do nas kardynał Macharski. Rektor (który znał go już wcześniej) przedstawił nas (nowych prorektorów) i wygłosił orację zapraszającą kardynała do nas w dniu jego imienin (na AGH inauguracje odbywają się zawsze w dniu 4 października, a to jest właśnie dzień imienin Franciszka). Kardynał orację wysłuchał, a potem powiedział:

- Usiądźmy i uzgodnijmy szczegóły.

Tak zwyczajnie, jakby sąsiedzi umawiali się na grilla.

No więc usiedliśmy na historycznych meblach (ja cały czas sztywno) i zaczęliśmy rozmowę. Po kilku uzgodnieniach organizacyjnych kardynał zwrócił się do mnie:

- A pan czym się zajmuje?

Tak mnie zaskoczył, że w pierwszej chwili nie potrafiłem kilku słów sklecić, ale potem opowiedziałem mu o biocybernetyce, o inżynierii biomedycznej, o modelowaniu pszczół - i ze zdziwieniem zauważyłem, że jego to naprawdę interesuje!

Zadał kilka bardzo sensownych pytań, ale potem musiał nas pożegnać, bo czekała już na niego jakaś inna delegacja. Ale ja wychodziłem z Kurii w zupełnie innym nastroju, niż do niej wchodziłem.

Potem, już jako rektor AGH, wielokrotnie miałem okazję spotykać kardynała w różnych miejscach i przy różnych okazjach. I za każdym razem przekonywałem się, że jego sposobem bycia było "skracanie dystansu". Nawet jeśli okoliczności zmuszały do bardzo formalnych i oficjalnych wypowiedzi - to kardynał zawsze znalazł moment, kiedy jakimś zdaniem czy całym swoim zachowaniem dawał do zrozumienia: odłóżmy na bok tę kardynalską infułę i rektorskie gronostaje i porozmawiajmy jak ludzie: Co u was słychać?

O jego sposobie bycia najlepiej świadczy takie zdarzenie:

Gdy po raz pierwszy jako urzędujący rektor miałem go gościć na prowadzonej przeze mnie uroczystości opłatkowej (mamy taki zwyczaj na AGH, że przed świętami spotykamy się w Auli przy opłatku i śpiewaniu kolęd jako wielka akademicka rodzina), to poprosiłem kilka zaufanych osób, żeby - gdy kardynał przyjedzie - towarzyszyły mu od samochodu do Auli, bo wypadało, żebym jako gospodarz powitał gościa, a z kolei nie chciałem, żeby zgromadzeni w Auli pracownicy musieli czekać na swojego rektora. No i ten komitet powitalny czekał na kardynalską limuzynę - a tymczasem Macharski wszedł sobie skromnie do Auli bocznymi drzwiami i całkiem wszystkich zaskoczył.

Po prostu nie wziął samochodu, tylko przyszedł z Kurii na AGH na piechotę!

Mógłbym jeszcze wiele podobnych historii opowiedzieć, ale nie chcę Państwa nudzić, więc na tym poprzestanę. Ale musiałem napisać, że to był wspaniały Człowiek.

I jakże trudno pogodzić się z faktem, że był - a nie jest...