Przed meczem z Rosją Alejami Jerozolimskimi przewinęły się tysiące ludzi. Śpiewali, skandowali, część nawet pozdrawiała kibiców drużyny przeciwnej. Niestety, na ulicę wyszło także kilkadziesiąt sztuk bydła.
Miało być wyłącznie o kulturze, ale jako że z mojego okna roztacza się widok na odcinek Jerozolimskich między Rondem Dmowskiego a Kruczą, miałem całkiem dobry ogląd na wczorajsze przedmeczowe wydarzenia.
Zamknięcie odcinka Alei aż do stadionu okazało się bardzo dobrym pomysłem. Owszem, utrudniało życie mieszkańcom, bo jeżeli chciało się zaparkować auto pod domem, trzeba było wrócić z pracy przed 16:00, ale nie wyobrażam sobie, aby tłumy, które przemaszerowały pod moim oknem, miały się pomieścić wyłącznie na chodnikach. (Nie wspominając o tym, co by się działo, gdyby ulica była pełna aut i policja nie mogłaby się swobodnie przemieszczać).
Już od mniej więcej godziny 15:00 ulice były kolorowe. Tłumy Polaków z wymalowanymi twarzami, dziwacznymi kapeluszami, flagami w rękach. Nieco mniej Rosjan, nie mniej „odzieżowo zaangażowanych”. Żadnych spinek, ani jednego wyzwiska. Ogólnie wszyscy zdawali się hołdować zasadzie, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal – każdy szedł w swoją stronę, głośno pozdrawiając swoich rodaków, nie zwracając jednak uwagi na kibiców drużyny przeciwnej. Pełna kultura. Wybuchy petard słychać było już wcześniej, dochodziły jednak od strony mostu, były rzadkie, ludzie jakoś niespecjalnie się nimi przejmowali. Na „moim odcinku” był spokój.
Najwyraźniej komuś ten stan rzeczy przeszkadzał. W przerwie meczu Czechów z Grekami oderwałem się od telewizora i wyjrzałem przez okno. Jakże inny obrazek ujrzałem. Nie dało się nie zauważyć policyjnego kordonu, ustawiającego się na przecięciu Alei i Kruczej. Spojrzałem w lewo i dostrzegłem powód tego zamieszania – na wprost mojego okna kilkanaście sztuk „bydła” (wybaczcie, innego określenia dla tych ludzi nie znajduję) narzucało na głowy kaptury i zasłaniało twarze szalikami w biało-czerwonych barwach. Jak to bydło, dużo muczeli, podskakiwali i wygrażali policji. Ta ruszyła spokojnym truchtem.
Doprawdy, niewiele jest tak cudownych widoków jak uciekający na pełnym gazie kibole, którzy jeszcze przed sekundą wygrażali całemu światu, a teraz zwiewają tak prędko, że wypadają im z rąk zdobyczne na Rosjanach flagi.
Właśnie, flagi. Z tego dnia zapamiętam nie bydło i nagle opustoszałe ulice, które jeszcze przed kilkudziesięcioma minutami skąpane były w biało-czerwonych barwach, nie szybko reagującą policję (na moje oko, spisali się!), nie huk petard, znacznie częściej odpalanych, gdy kibole starli się z policją na przecięciu Alei i Marszałkowskiej. W głowie utkwiło mi coś innego.
Gdy jeden z ogolonych na gładko kiboli spostrzegł ruszających policjantów, rzucił na ziemię rosyjską flagę i wziął nogi za pas. Kilkadziesiąt metrów dalej dało się dostrzec Rosjanina, któremu ową flagę zabrano. Widząc, że jest szansa na odzyskanie zguby, ruszył, by ją podnieść. Nie zdążył. Zrobili to polscy kibice, KIBICE, którzy wznieśli ją nad swoje głowy, przemaszerowali tak dzielące ich od Rosjanina kilkanaście metrów i z uśmiechem oddali zgubę właścicielowi.
To jest obrazek godny zapamiętania.
A bydło? Oby im policyjna pałka twardą była.
