Spojrzenie na Polskę po wakacyjnej przerwie to niezła miara złego i dobrego - tego, co zdarzyło się w międzyczasie. Moje tegoroczne wrażenie: Polska pięknieje i zarazem brzydnie! Uszlachetniona forma wypełnia się przykrą treścią. Krzepiąca wizja za oknem ściera się z nieznośną fonią życia publicznego.
Jeszcze lepiej widzi się ten problem, gdy wydłuży się perspektywę. Mam dobrą miarę w oku, bo mogę już od ćwierćwiecza dzielić wrażenia z przybyszami z zagranicy. Na progu naszych przemian byli to inwestorzy, których kusiłem, prezentując Polskę, jako kraj nieograniczonych możliwości. Trudne zadanie, bo pupilkami Zachodu byli wtedy Węgrzy i Czesi, a Polska była wielkim znakiem zapytania. Na Okęciu czekała na śmiałków obskurna buda, z pęknięta szybą, sklejoną prowizorycznie taśmą, ale z dumnym napisem „International Arrivals”. Potem przeżywali spotkanie z warszawskim taksówkarzem i zdziwienie, że u nas drożej, niż w Paryżu. Lądowali w jedynym hotelu, który wówczas nazywał się „Forum” ( uzupełnionym wkrótce przez Marriott). Tam znajdowali w drzwiach bogatą ofertę usług erotycznych, o tyle przekonywującą, że szybko docenili urodę Polek. Stamtąd do ponurego budynku dawnej cenzury, przy ulicy Mysiej, gdzie woń stęchlizny mocno utrudniał moje próby zacierania pierwszego wrażenia. Ci, co się nie zrazili, nie żałowali. Polska stała się gospodarczym tygrysem, na tle stagnacyjnych Węgier i Czech. Okęcie zamieniało się stopniowo w lotnisko z prawdziwego zdarzenia. Euro 2012 przyspieszyło rasowe terminale w Wrocławiu i Gdańsku, do tego Balice, Pyrzowice i Poznań, Rzeszów, Lublin. Wręcz kłopot urodzaju. Nie ma się, czego wstydzić! Tak wygląda kariera lotniskowego kopciuszka, oglądana z lotu ptaka.
Zejdźmy na ziemie, czyli polskie drogi. Korzystając z błogosławieństwa otwartych granic, dzieliłem wrażenia z zagranicznymi turystami, ryzykującymi wjazd do Polski własnym samochodem. Pod tym względem, druga połowa lat 90-tych i początek XXI wieku narażały na szok cywilizacyjny. Kraj był już doceniony, nawet podziwiany, ale wjazd, zwłaszcza od strony byłej NRD był wstrząsem. Tam nowiutki beton, u nas kręte, kolizyjne szosy, obudowane kantorami, krasnoludkami i agencjami towarzyskimi. Udręka psująca na finiszu smak wakacyjnej podróży... Ale i tu nastąpił przełom: autostrada lub ekspresówka, lśniące nowością, ładniejące miasteczka i zadbane obejścia. Nie wszędzie, nie zawsze, ale trzeba ślepoty, by tego nie widzieć. I nie rozumieć związku z obecnością w Unii Europejskiej.
Zagranica widzi i tym bardziej się dziwi. Przybywa europejskiej formy, ubywa europejskiej treści. Doceniam teraz niegdysiejszą, namolną ciekawość: „Polacy, jak wam się to wszystko udało?”. Od roku 2015 nie znajduje dobrej odpowiedzi na nowe pytanie: „Polacy, co wam się stało?”.
