zastanów się, Drogi Czytelniku, czy aby nie jest on częścią tego samego błędu, który usiłuje wytknąć i skrytykować. W ciągu ostatnich kilku lat, a nawet po triumfie „dobrej zmiany” pojawiły się w Polsce istotne, precyzyjne głosy, dające mniej lub bardziej wyczerpującą odpowiedź na to, co się w Polsce stało, co się dzieje i będzie działo. Dopóki opozycja tych głosów nie przyswoi (a że ich nie przyswoi, to jest więcej niż pewne), skazana będzie na manifesty sympatycznych celebrytów, od których będzie odbijać się tak samo jak odbija się od umierających manifestacji KOD.
Można by w tym miejscu podjąć próbę krytyki być może nawet potrzebnego listu/manifestu znakomitego gitarzysty, tyle że krytyka musiałby być niejako tak samo oczywista, jak sam list. Kultywując poczucie beznadziejności sytuacji, dość będzie powiedzieć, że w liście tym (jak w setkach jego poprzedników, napisanych przez mniej fajnych celebrytów, nieco mniej fajnym językiem), nie ma ani słowa o przyczynach modernizacyjnej klęski III RP. A skoro nie ma ani słowa o przyczynach choroby, to i lekarstwo możemy podawać tylko na chybił trafił, względnie traktować je jako środek homeopatyczny.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że jest w tym liście kilka zdrowych myśli. Podstawowy, jak się wydaje kierunek myśli Hołdysa – to próba zmuszenia opozycji do większej aktywności. Byłby on nawet i prawdziwy, pod warunkiem jednak, że z pierwszych jej szeregów usunęłyby się osoby stanowiące spiżowy pomnik klęski. Z grzeczności nie będziemy ich już w tym miejscu wymieniać. Co do zasady manifest utrwala jedynie ów autyzm modernizatorów, połączony a absolutnym brakiem wyczucia i zrozumienia dialektyki dziejów. Czyli z tym, co organicznie pojawia się w działaniach wszelkiej maści tradycyjnych czy ponowoczesnych faszystów.
Choć dawanie dobrych rad opozycji można sobie spokojnie darować – nie sposób bowiem bez forsownej psychoterapii odwieść kogoś od samobójstwa (w tym konkretnym przypadku również bez powtórzenia wiedzy ze wszystkich etapów nauki), to godzi się zauważyć, iż klęskę wieszczyli i opisali precyzyjnie ludzie zawodowo zajmujący się analizowaniem i myśleniem, o czym szerzej piszę w innym miejscu. Nikt tych ludzi nie czytał i nie słuchał (dlatego tak byłem wzruszony wywiadem z Waldemarem Pawlakiem w „Wyborczej”, który – jak się okazało – czytał i to nawet sporo). Warto się z tymi pracami, myślami (rzadziej pomysłami) zapoznać, zanim zatopimy się w manichejskiej walce przebrzydłej tradycj, z piękną modernizacją, której list Hołdysa jest kolejną emanacją.
Na zakończenie pragnę dodać jedynie tyle, że zapewniam o mojej nieustającej sympatii do Zbigniewa Hołdysa, a także uznania dla jego możliwości artystycznych i ciętego języka. Bez względu na moje zrzędzenie, może być tak, że coś tam do jakiejś głowy dotrze, choć pewnym tego być nie można.
