Wiersz napisany w 1995 roku, w hotelu Quirinale w Rzymie
Dziwne gęby wyglądają przez twoje okno, na dziedzińcu pałacu Gaetani cuchnie stolarskim klejem, a 'Gino', gdzie piliśmy kawę i skąd odbierałem klucze, zamknęli. Zamiast niego jest sklepik, w którym handlują krawatami i skarpetami, bardziej potrzebnymi niż 'Gino' i my - i to z każdego punktu widzenia. A ty daleko, w Tunezji albo w Libii, kontemplujesz fałdy fal, których koronki biją w brzeg Italii, niczym Septymiusz Sewer. Nie uważam, że wszystkiemu winne są pieniądze, bieg czasu albo ja. W każdym razie nie mniej wiarygodne jest, że dobrze nam znana martwota wszechświata, zmęczona swoją durną nieskończonością, szuka sobie schronienia na ziemi, a my jesteśmy pod ręką. I wypada jeszcze powiedzieć dziękuję, kiedy poprzestaje na mieszkaniu, wyrazie twarzy albo kilku szarych komórkach, zamiast zagonić nas prosto do ziemi, co uczyniła już z rodzicami, bratem, siostrą i z D. Dzwonek do drzwi to tylko krater w miniaturze, zionący skromnie wskutek zetknięcia z kosmosem, kawałkiem meteorytu, a wejścia zasypane są ospą z tamtej strony świata. Krótko mówiąc, nie zobaczyliśmy się. Boję się, że druga szansa nie nadejdzie szybko. Być może nigdy. Nie żałuj - wątpię, czy bym mógł wyznać ci więcej niż Kanopus Syriuszowi, chociaż to tu, u twoich drzwi, zetknęły się, zetknęły w biały dzień, a nie pod teleskopem czujnej nocy.
