Śmiech był sztuką przetrwania w oparach absurdu PRL-u. Nasze kompleksy leczył kawał o Polaku, nieodmiennie cwańszym, niż Niemiec i Ruski. Niestety, nasza sztuka samoobrony współistniała z popularnymi za granicą Polish Jokes, utrwalającymi najgorsze stereotypy o Polakach. Zgoda, żartują wszyscy o wszystkich, ale dowcipy o Polakach, zwłaszcza w USA i Niemczech, okrutnie nas portretowały. Oto próbka: „Jak zatopić polski okręt wojenny? Wystarczy go zwodować”. Albo: „Jak namówić Polaka do wyjścia z wanny? Wrzucić do niej mydło”. Miłe, prawda?

REKLAMA

Polish Jokes przetrwały rewolucję Solidarności, a nawet Okrągły Stół, chociaż rodził się już podziw dla rozwagi, towarzyszącej polskiej odwadze. Doskonale pamiętam uprzedzenia z początku lat 90-tych, kiedy pupilkami Zachodu byli Czesi i Węgrzy, a nad nami wisiał znak zapytania o „polnische Wirtschaft”. Otwarte granice rodziły nowe dowcipy u sąsiadów, typu „przyjeżdżajcie do Polski, wasze samochody już tu są”. Tyle, że nie szargały narodowego charakteru, bo dotyczyły patologicznego marginesu. Złodzieje samochodów, teraz przede wszystkim kibole. Wyjątek a nie reguła.

Mało docenianą zasługą III RP jest unicestwienie Polish Jokes jako ludycznej formy deprecjonowania polskości. Negatywny bohater francuskiego referendum konstytucyjnego z roku 2005 – polski hydraulik ( plombier polonais) - to już dobry fachowiec, który wypiera z rynku tamtejszych nieudaczników. Reportaż w „ Die Welt” z marca 2009 o wsi Osinów Dolny, w której połowa z niespełna 200 mieszkańców trudni się fryzjerstwem dla klientów zza Odry (największe zagęszczenie tych usług w świecie) wyrażał podziw dla polskiej zaradności.

No, ale mamy „dobrą zmianę”. Wystarczyły dwa lata rządów PiS z Samoobroną i LPR, by w roku 2007 Polacy powiedzieli dość, świadomi obciachu. Byłem w tym okresie w Japonii. Jedyne wiadomości, jakie przebiły się do japońskich mediów z Polski, kojarzonej dotąd z Chopinem i Wałęsą, to po pierwsze, zdziwienie, że premier polskiego rządu nie ma konta w banku i korzysta z konta mamy. Po drugie, że członkini polskiego rządu wykryła geja wśród teletubisiów. Tylko tyle i aż tyle. Pierwsze było ciekawostką, drugie komentowano jako objaw zidiocenia na szczytach władzy.

Obawiam się, że każdy dzień „dobrej zmiany” prowokuje nowe Polish Jokes. Tyle, że tym razem, z wyjątkiem kiboli, to nie pospolita, agresywna morda, podlana wódką, przyprawia nam za granicą pokraczną gębę. Teraz zadbają o to minister Kownacki, atakujący Francję widelcami, Waszczykowski z żenującymi bon-motami, a nade wszystko odlotowy Macierewicz, który u mych znajomych rodzi pytanie „czy wasz minister ma hyzia?”. Jest to autorytaryzm komiczny, pisze Tomasz Lis, ale słusznie dodaje, że rządowy kabaret skrywa grozę. Strach się śmiać, gdy w niespokojnych czasach, kraj zależy od prezesa Kaczyńskiego, który oświadczył: „żadne krzyki i płacze nie przekonają mnie, że białe jest białe, a czarne – czarne”. I tego się trzyma…