Gdyby Mateusz Kijowski składając swoją propozycję wspólnego marszu z ONR, działał w sposób intencjonalny i zaplanowany, można by go uznać za mistrza politycznej sztuki wojny. Choć – jak zakładam – jego działanie ma charakter instynktowny czy odruchowy, to jest jedyną chyba próbą przełamania manichejskiego świata rozgrywanej na naszych oczach symbolicznej wojny domowej. Jeśli ktoś nie zrobi czegoś równie oryginalnego, to polityka liberałów i lewicy pozostanie tym czym jest dzisiaj – spazmem, histerią, pretensją, względnie kolejną próbą powrotu do mitycznej zielonej „neoliberalnej” wyspy. Lud wszystkie wymienione propozycje ma głęboko w wyborczym nosie.

REKLAMA

Patrząc na reakcje większości lewicowych, liberalnych wyborców na propozycję Kijowskiego, widać dość wyraźnie, że nie są oni w stanie opuścić swojej strefy komfortu. Precyzyjny opis tej strefy jest jednocześnie opisem przyczyn upadku liberalno-lewicowej narracji. W tym miejscu dość będzie powiedzieć, że już tylko to powinno dać lewicy i liberałom do myślenia. Nie daje. Więcej. Bez względu na to, co się dzieje – lewicy i liberałom nic nie daje do myślenia. Ani Kaczyński, ani Erdogan, ani Trump, ani cokolwiek innego.

Tymczasem, nawet jeśli gest Kijowskiego jest przypadkiem, wpadką, pomyłką, to jest to dotychczas jedyna próba wyrwania liberałów i lewicy z ich wewnętrznego, zamkniętego, zasklepionego, i ostatecznie zalęknionego, agresywnego świata. Z tego snu dobrze byłoby się jak najszybciej obudzić.

O ile mam wątpliwości co do pobudek, motywów i zdolności politycznych Kijowskiego, to nie mam ich w stosunku do poznawczych i politycznych możliwości lewicy i liberałów. Będą działać dokładnie tak, jak zagra im Jarosław Kaczyński. To znaczy ruszą do kolejnej skazanej na porażkę bitwy, w której jako środków walki będą używać wielokrotnie już niesprawdzonych broni – moralnej wyższości, pretensjonalnej estetyki, uwewnętrzniania dobra (które sobie bezrefleksyjnie przypisują), wzbudzania poczucia winy w tych, którzy żyją bezwstydem, wskrzeszania całkowicie już martwych praw człowieka i obywatela, równości, wolności, braterstwa, wreszcie literalnych spazmów i histerii. (Znakomite ich przykłady można było obejrzeć po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA).

Poczuciem moralnej i estetycznej wyższości nie wygra się ani z faszyzmem, ani z ONR, ani z PiS. Politycznie gest Kijowskiego jest pozbawiony znaczenia. Mimo to, jako gest dialektyczny (a choćby i przypadkowo), przełamuje dotychczasową logikę walki. Rozbraja, (a poniekąd także ośmiesza) tańce wojenne wyrostków.

Kto lepiej dotychczas tę logikę rozumiał - to wskazują słupki wyborczych preferencji.

PS W świetle tego, co wyżej napisano, nie można zakładać, że ktokolwiek odczyta pomysł Kijowskiego inaczej niż całkowicie literalnie. Jego istotnym elementem, byłoby ustalenie, czy Kijowski uznaje go za realny, czy jest to tylko polityczna finta. Może się okazać, że tym ruchem Mateusz Kijowski pogrzebał siebie lub cały KOD na dobre. Czy to coś zmienia? Nie sądzę.